NA POLSKI GRZEBIEŃ (Dolina Białej Wody)

napisał: Piotr Wojtkowski
(12-13 LIPCA)

Jadąc autobusem na dworzec, uświadamiam sobie, że zachowałem się tak, jak ten chłop jadący na pole, który wszystko wziął (przecież ze trzy razy sprawdzał po drodze), i na miejscu stwierdził, że pługa zapomniał...

Mam śpiwór, materacyk, koszulki i skarpetki na zmianę, ale o jedzeniu, to nie pomyślałem.

Na Dworcu Centralnym kupuję dwie bułeczki, wodę i kabanosy. Teraz już mogę jechać!

Highslide JS

W pociągu do Zakopanego, po zjedzeniu tych dwóch francuskich bułeczek z jabłkiem, rozjaśnia mi się w głowie na tyle, że zaczynam rozumieć, jak niewystarczające zapasy ze sobą wiozę. Niestety nie na tyle mi się rozjaśniło, aby kupić sobie czekoladę...

Już w Zakopanem kupuję przy dworcu autobusowym, w jednym z barków, dwa udka i po jednej bułeczce do każdego z nich. Mam jedzonko i jakoś przetrwam!

Teraz do Fisa na małe piwko, aby się nawodnić przed spacerkiem. Prawie się udało! Na stojącym busie widzę napis – Morskie Oko przez Łysą Polanę.

- Kiedy odjeżdża? - pytam się stojącego obok kierowcy

- A! Panocku z tsy, ctery minuty. Wsiodojcie! - jak miło usłyszeć góralską mowę...

- A piwa zdążę się napić?

Kręci głową, że nie. Więc wsiadam. Jest koło piętnastej, więc nie ma co czekać na następny. Trzeba jechać.

No i po jakiś trzech minutach rzeczywiście ruszamy. Nie zdążyłbym się napić...

Łysa Polana. Przejście graniczne. Między Słowacją a Polską.

Highslide JS

Przechodzę mostek nad rzeczką i skręcam w Dolinę Białej Wody. Jest pochmurno, co ma swoje plusy, bo się z pewnością za bardzo nie zgrzeję. Nie za gorąco, gdzieś tak około 20 stopni. Komfort.

Idąc (to bardzo pomaga na pracę szarych komórek!) dochodzę do wniosku, że dobrze by było, wyjąć aparat z plecaka. Dobrze by go było, sobie powiesić na szyi i dobrze by było, popsikać się przeciwko komarom, bo bzyki zaczynają ostro grać przy uszach.

Jakieś dwa, czy trzy latem temu, szedłem z Panią Elą tą trasą. Wtedy nas góry nie puściły. No może nie góry, a nasz brak wytrzymałości. Nasza słabość.

Highslide JS

Od tamtego czasu, kiedy przechodziłem w pobliżu (np. kiedy szliśmy nad Morskie Oko, czy do Doliny Pięciu Stawów) czułem się niezbyt dobrze. Nie jest przyjemnie, zostać pokonanym przez siebie samego...

Idę i wspominam, jak razem szliśmy i cieszyliśmy się ze słońca, pogody... Teraz sam dreptam wzdłuż potoku.

Highslide JS

Dolina ma 7 kilometrów długości. Idę cały czas pod górę. Robi mi się ciepło. Wreszcie dochodzę do leśniczówki, za którą zaczyna się szlak. Tutaj drzewa cofnęły się, albo lepiej – człowiek je cofną i zrobił wielką polanę. Zatrzymuję się na moment aby napić się wody i powąchać.

Zielona łąka upstrzona fioletowymi i żółtymi kwiatkami. Rześkie, górskie powietrze z dodatkiem miodowego aromatu...

Poprzednio wszystko skąpane było w słońcu...

Highslide JS

Mijam polankę i wchodzę w strefę lasu. Pusto. Nikogo. Już po szesnastej, więc robotnicy leśni skończyli pracę, pozostawiając swoje maszyny na poboczu duktu.

Highslide JS

Idę cały czas wzdłuż potoku. Czasami szlak się oddala i wtedy szum wody cichnie, ale nigdy całkowicie. Kilkakrotnie przechodzę mostki nad rwącymi potokami. Czasami mijam ujęcia źródlanej wody, które wyglądają jak kapliczki. Po półtorej godzinie dochodzę do przedostatniego na szlaku zadaszenia. Robię sobie przerwę. Na wodę. I na lekkie przewietrzenie pleców. Koszulka jest cała mokra, więc mam nadzieję, że troszkę się obsuszy.

Highslide JS

Odpoczywam jakieś dziesięć, piętnaście minut. Czekam, aż zrobi mi się chłodno i wtedy ruszam.

Koszulka się nie osuszyła. Za to ostygła. Kiedy zarzucam plecak na jego właściwe miejsce, to z miejsca dostaję szwungu. Jakby mnie kto zimną wodą polał...

No i dobrze, bo drożyna wiedzie pod górkę. Taki dopalacz.

Widziałem kiedyś jak szła para i mąż (chyba) szczypał panią w tylną część ciała dopingując ją do szybszego marszu. Innym razem widziałem i słyszałem, jak inny obiecywał (a głos się po górach nieeesieee), że jego połowica dostanie pić kiedy wejdą na grań. Oba sposoby działały. Kij i marchewka...Są różne dopalacze...

Zaczyna się robić coraz ciekawiej i ładniej. Wchodzę coraz wyżej. Mogę oglądać góry wynurzające się zza ściany drzew. Tyle, że nie ma słońca, więc i widoki nie tak piękne... Wchodzę na teren, jak głosi tablica w trzech językach, „przewracających się drzew”. Na własną odpowiedzialność.

Highslide JS

Nic się na mnie nie przewaliło. Nawet nie słyszałem, aby gdzieś dalej się przewalało. Ale może dlatego, że nie ma wiatru. Zaczynam się martwić, czy aby taborisko, na którym chcę przenocować, czasami nie zlikwidowano, albo nie przegapiłem. Już powinienem być na miejscu. Jeżeli nie znajdę, to muszę iść wyżej (a póki co mam dosyć), albo wrócić się do miejsca, gdzie było zadaszenie. Jakoś tak, spanie na ziemi w lesie niezbyt mi odpowiada...

Rozglądam się pilnie. Musi być po prawej stronie. Wreszcie, kiedy wyprzedziłem ślimaka podążającego w tym samym kierunku (nareszcie jestem od kogoś... czegoś... lepszy!) widzę! Jestem na miejscu!

Highslide JS

Taborisko (Taborisko pod Wysoką) położone jest nad potokiem. Bardzo blisko wody, w dole od szlaku. Nie widać aby ktokolwiek tam był, więc śmiało schodzę na dół. Kilka podestów na namioty, zadaszona wiata ze stołami i ławami. W środku znajduję menażkę, świeczkę, zapałki. Przy miejscu na ognisko przygotowany zapas chrustu... Oczywiście wszystko pod zadaszeniem. Można przetrwać każdą pogodę. Oczywiście o ile ma się namiot.

Ja nie mam. Zwalam plecak na stół i idę porozglądać się trochę po okolicy. Jest po 18 i zaczyna się robić rześko. Dosyć szybko zrozumiałem, że należałoby coś zrobić, bo zaraz będzie mi nie tyle rześko, co zimno. Do kitu z takim wyjazdem, kiedy człowiek musi sam o sobie myśleć!!!

Highslide JS

Zdejmuję mokrą koszulkę i zakładam podkoszulek i koszulę flanelową. Po zastanowieniu również polar (świeże górskie powietrze pomaga w myśleniu!). Zmieniam również skarpetki i zakładam kalesony. Zawsze łatwiej się rozebrać, kiedy jest się spocony, niż ubrać, kiedy ząb ma trudności z trafieniem na swój odpowiednik w górnej szczęce...

Highslide JS

Spacer po taborisku odkładam na później, bo mi się przypomina, że czas coś zjeść, jeżeli mam zamiar jutro iść dalej.

Pod wiatą robi się ciemnawo, więc jem na podeście. Mam dwa udka, które smakowicie pachną. Po krótkiej chwili zostają same kości.

Dolina Białej Wody słynie również z tego, że niedźwiedzi tu dostatek. Zwierzaki czują się dobrze, bo ludzie mało co tu chodzą, a one mają dobre warunki do życia.

Resztki mojej kolacji pakuję do plastikowej torebki. Nigdzie nie widzę szczelnych koszy, zresztą nieszczelnych również. Kawałek drogi od podestów wypatrzyłem kibelek. Na bezrybiu i rak ryba. Stamtąd, chyba, nie poczują... A nawet jeżeli, to będzie dosyć daleko ode mnie...

Wrzucam do dziury, to co zostało z mojego posiłku. Idę nad potok, bo po tym jedzeniu, to mi się jakoś tak dłonie kleją... Oczywiście nie zabrałem mydła (zbędny ciężar) i mam mały problem.



Wyszorowałem dłonie żwirem z potoku wspominając przy okazji nadmorski piach...

Highslide JS

Zaczyna się robić ciemnawo, chociaż dopiero koło dwudziestej. Słońce powoli schowało się za góry... Zaczynam myśleć o spaniu.

Sytuacja wygląda ciekawie. Jest dach nad głową. Jak będzie padać, to nie zmoknę. Tylko gdzie się położyć. Mam trzy możliwości:

  1. na ziemi

  2. na ławie

  3. na stole

Zarówno stół, jak i ławka mają po jakieś dwadzieścia coś tam centymetrów szerokości. Mój materac jest prawie dwa razy szerszy...

Highslide JS

Na ziemi, niezbyt chcę się rozciągać, bo jakoś niezbyt lubię, kiedy coś szuka ciepła i chce się przytulić.

W rezultacie wybieram ławę. Jak spadać, to z połowy metra, zamiast z całego...

Na stole poustawiałem sobie potrzebne (w razie czego) rzeczy. Butelkę z wodą, latarkę, znalezioną na ziemi sztabkę przerdzewiałego żelastwa (zawias do wrót stodoły, czy czegoś takiego). Szczególnie jestem dumny z tego żelastwa! Jakby co, to mam się czym bronić!

Highslide JS

Słońce już całkiem zaszło za góry i zrobiło się ciemno. Dziewiąta wieczór i właściwie, to nie mam co robić. Trzeba iść spać.

Zdejmuję buty, które (jaki ja mądry!) pakuję do foliowych torebek, aby rano nie nabrały wilgoci. Stawiam je na stole. Sam wsuwam się do śpiwora. Robię to ostrożnie, aby się nie gibnąć i nie zlecieć. Muszę spać bardzo ostrożnie!

Kiedy już sobie leżę, słuchając szumiącego potoku, zaczynam zdawać sprawę, że właściwie, to słychać tylko potok. Żadnych ptaków, szumu drzew... Potok zagłusza wszystko. Nie usłyszę ani kiedy będzie podchodził człowiek, ani miś.

Highslide JS

Ponieważ ręce mam schowane w śpiworze, żelastwo, które sobie przyszykowałem na „w razie czego” jest zupełnie nieprzydatne.

Jeżeli nic nie można zrobić, należy się przystosować. Przystosowałem się i zasnąłem.

Po dwóch godzinach budzi mnie kurcz łydki. Usiłuję ją rozmasować. Trochę przestaje, za to kurcz przenosi się na palce u stóp. I tak z pięć minut. Wreszcie sytuacja „sama się rozwiązła” (jak mawiał inspektor Crusoe). Spadam.

Kurcz mija, a ja znowu kładę się na ławie. Z tego wszystkiego zrobiło mi się ciepło, więc zdejmuję polar, który od tej pory służy mi za poduszkę. O wiele wygodniejsza polarowa, od plecakowej.

Highslide JS

Budzę się się jeszcze raz koło pierwszej. Suszy, jak na wielkim kacu! Dobrze, że mam butelkę wody. Wypijam i już śpię spokojnie do samego rana. To znaczy do 4.30. Zaczęła się robić szarówka.

Jest mi dobrze. Ciepło. Przyjemnie. Aż nie chce się wychodzić.

„Nie chcem, ale muszem”...

Wyczołguję się ostrożnie ze śpiwora, zakładam buty. Zastanawiam się czy by nie było dobrze zejść do potoku i się przemyć, ale szczęśliwie nie ma Pani Eli, więc nie muszę. Zębów też nie myję. Mam gumę do żucia. Wyżułem sobie i już. Zawsze należy się cieszyć z małych rzeczy... Brak Pani Eli rekompensuję sobie wolnością w higienie.

Highslide JS

Po pół godzinie jestem gotowy do drogi. Ruszam.

Jest chłodnawo. Jak spałem, tak i idę. Zakładam tylko polar. Śniadania nie jem, bo dla mnie jeszcze za wcześnie, zresztą, jak się trochę przegonię, to będzie lepiej smakowało.

Droga prowadzi pod górkę. Zza drzew wyłaniają się góry, które są oświetlone wschodzącym słonce. Żałuję, że nie wstałem koło pierwszej, bo wtedy doszedłbym do kosówki koło czwartej i miałbym wspaniały widok na 'świt w górach”... No, ale czasu się nie cofnie.

Highslide JS

Za to mogę sobie pooglądać świt w lesie. Pięknie wyglądają drzewa, których korony ciemnieją na tle błękitnego już nieba. Ostre kontrasty. Cień i światło... Czasami z gałęzi zwisają pasma mchu, co mi przypomina „miejsce mocy” w Puszczy Białowieskiej.

Wreszcie zaczyna mi być ciepławo. Powiedziałbym, że nawet gorąco!

Szukam sobie miejsca, aby się rozebrać i przy okazji zjeść śniadanie. Jestem, jednak wybredny, bo miejsce musi być z widokiem i przy strumieniu.

Highslide JS

Wreszcie, koło siódmej, już całkiem spocony, jestem w odpowiednim. Zatrzymuję się na małą przerwę.

Jak dobrze się rozebrać! Od razu lepiej się czuję! Zbędne ubranie ładuję do plecaka, a sam rozsiadam się i wchłaniam dwa kabanosy i bułeczkę. Mam widok na góry pozłocone wstającym słońcem...

Nie chcę się napychać, bo wtedy się rozleniwię i nie będzie mi się chciało iść.

Highslide JS

Popijam resztą wody, która została od taboriska i w drogę!

Zaczynam odczuwać zmęczenie. Odwykłem od chodzenia po górach. Rozleniwiłem się i teraz są efekty! Dochodzę do wniosku, że właściwe będzie, jeżeli będę pół godziny szedł, a później pięć minut odpoczywał. Lepsze byłoby na odwrót, ale wtedy, chyba nigdy bym nie doszedł.

Robię sobie częste postoje, aby uwiecznić na zdjęciach mijane widoki. Idę coraz wyżej, więc i coraz bardziej odsłaniają się pasma górskie. Mogę na spokojnie, nie poganiany (mam dużo czasu) podziwiać krajobraz.

Highslide JS

Byle dojść powyżej linii drzew. Byle do kosówki. Tam będzie może nie lżej, ale za to ciekawiej. Po półgodzinie spaceru koszula robi się wilgotnawa. Robię zaplanowaną przerwę.

I bardzo dobrze, bo mam okazję podziwiać pasącego się po drugiej stronie doliny koziołka. On pasł się trawą, a ja jem kabanoska. Mniej – więcej razem skończyliśmy. Odchodzę, kiedy znika za skałą.

Highslide JS

Droga jest coraz bardziej upierdliwa. Plecak coraz cięższy. Nogi coraz gorzej się podnoszą. Czasami się potykam. Dobrze, że buty mają luz, to jakoś przeżywam. Poprzednio miałem buty dopasowane. Po spacerze duże palce u stóp zmieniły kolor na fioletowy i tak przez jakiś tydzień zostały...

Wreszcie dochodzę do kosówki! Zaczyna się teren strumieniowy. Liczne strumyczki co i rusz przecinają mi drogę. Mam okazję uzupełnić wodę i się napić, obmyć...

Wzdłuż potoku, przy którym prowadzi szlak rosną kwitnące kwiatki. Białe, żółte, niebieskie. W różnych odcieniach... A jak pachną! Żeby jeszcze droga prowadziła po równym, a nie pod górkę, to byłoby komfortowo.

Highslide JS

Przy Litworowym Stawie robię sobie postój. Jest już dziewiąta. Niezbyt dobre tempo. Jestem mokry. Zdejmuję koszulę, którą zarzucam na skałę przy stawie, a sam się obmywam zimną wodą. Od razu lepiej. Mogę teraz obejrzeć okolicę. Okolicę, jak okolicę, ale kolibę oglądam dokładnie.



wróć na początek strony

Jest tam miejsca na kilka osób, z niedużym wejściem, dobrze chroni od wiatru. Na przyszłość (o ile jeszcze będzie taka potrzeba), jak znalazł. Lepsze to, niż taborisko.

Highslide JS

Troszkę koszula się podsuszyła i w drogę. Teraz ostro pod górę. Wiem, że niedaleko jest taka niby galeria, skąd roztacza się piękny widok na okolicę. Tylko trzeba tam wleźć. Więc włażę. Czasami, kiedy się potknę wydaję dźwięk podobny do skowytu kopniętego psa (przynajmniej sobie wyobrażam, że tak skomle). Znak, że palce u nóg są nieźle poobijane. Dobrze, że nikogo nie ma na szlaku, więc nie muszę się opanowywać. Niektóre stromizmy pokonuję na czworaka. Chyba mam już dosyć. Nawet nie „chyba”.

Highslide JS

Wreszcie dochodzę na miejsce widokowe. Już tutaj byłem. Dotąd doszedłem i stąd się wróciłem. Siadam sobie na trawie i popijam wodę. Warto pchać się na górę, kiedy jestem taki wypluty? Ale znowuż wracać teraz, kiedy już jest tak blisko? Idę ze sobą na ugodę. Solennie obiecuję, że więcej tej trasy nie zrobię, ale za to teraz dojdę!

Highslide JS

Widoki stąd naprawdę piękne! W dodatku słońce oświetla góry pod dobrym kątem (jest koło 9), tak że cienie podkreślają piękno tego zakątka Tatr. Już widać Polski Grzebień. A z drugiej strony mam widok na Litworowy Staw.

Highslide JS

Popasłem oczy i znowu do góry... Mijam Zmarzły Staw. Leżący śnieg odbija się w wodzie, wygląda to bajkowo. Żebym nie był taki zmęczony, to może i lepiej by to do mnie trafiało. Mijam bez zatrzymywania. Cały czas pod górę. Troszkę poziomo i znowu pod górę. Wreszcie dochodzę do ściany i z niedowierzaniem patrzę się na wyrysowany niebieski znak szlaku.

Highslide JS

Jak to przejść!? Pochyła skała z nieznacznymi wgłębieniami. Nie da się tego ominąć ani górą ani dołem. Przyglądam się dokładniej. To właściwie, tylko jakieś 3 – 4 metry. Dalej już normalna ścieżka. Przecież się nie wrócę! Idę. Właściwe, to nie idę, tylko przyklejony do skały przeczołguję się po niej. Gibło mnie do tyłu. Zasada trzech punktów się przydaje! Widzę, że jednak dalej nie pójdę. Mam plecak, a na szyi wisi mi aparat fotograficzny. Zbyt duża odległość od skały. Odepchnie mnie.

Highslide JS

Pierwsza myśl, to wrócić i się przepakować. Ale jak sobie pomyślę, że później znowu trzeba będzie tędy przechodzić... Nie, to nie ma sensu. Coś trzeba, jednak z aparatem zrobić. Nie przełożę go przez ramię, bo w najmniej spodziewanym momencie przesunie się to draństwo na przód i polecę.

Highslide JS

Wypatrzyłem mniej – więcej równą półeczkę i zdjąwszy aparat z szyi kładę go tam. Nie wieje, to go nie zwieje. Teraz mogę się przytulić do skały powoli przesuwać się w bezpieczniejszy rejon. Trzy kroki i przenoszę aparat dalej. Jeszcze troszkę i jeszcze... Wreszcie na ścieżce! Ze zdziwieniem stwierdzam, że nogi przestały boleć, mam sporo energii i mogę, prawie że fruwać! Co to znaczy odrobina adrenaliny!

Highslide JS

Idzie mi się bardzo dobrze. Zresztą już niedaleko. Dochodzę do rozwidlenia szlaków i robię sobie krótką przerwę przed wejściem na grań. Siedzę i patrzę się na idących od Chaty Teryego. Jeszcze jeden wysiłek. Piętnaście, no może trochę więcej minut i przechodząc po osuwających się kamieniach (paskudny odcinek) jestem na miejscu. Polski Grzebień!!!

Highslide JS

Jest koło jedenastej. Powoli przybywają następni turyści. Ci od Chaty Terryego.

Dołem od strony Śląskiego Domu widzę następnych. Zaraz zacznie się tutaj troszkę tłoczno.

Póki co siedzę i gadam z Polakiem, który doszedł tutaj z Chaty Terryego. Wczoraj szedł Doliną Zimnej Wody do Chaty Terryego. Narzekał na pogodę. Góry zaczęły się dopiero odsłaniać w wyższych partiach, a i wtedy przeciągały się mgły i nizin nie było widać. No cóż, wszedł ponad chmury...

Highslide JS

Dzisiaj jest pięknie. Słońce, widoki cudne. Zarówno na Dolinę Wielicka, jak i polską stronę.

Trzeba iść. Po łańcuchach spuszczam się na ścieżkę i dalej już dobrze i wygodnie. Na dół! Zupełnie inaczej nogi pracują. Co i rusz mijam nowych chętnych do wejścia na Polski Grzebień. Towarzystwo międzynarodowe. Polacy, Słowacy, Niemcy...

Highslide JS

Jest około dwunastej, kiedy robię sobie przerwę. Zmęczenie daje się we znaki. Siadam wygodnie na poboczu, przy strumieniu. Ściągam skarpetki i oglądam stopy. Według odczucia, to palce powinny być fioletowe, bo ciągle się potykam, a uderzenia butem w kamień przenoszą się na palce u stóp. Palce są normalne. Nie zmieniły zabarwienia na fiolet, tylko troszkę poróżowiały. Nie jest źle!

Highslide JS

Mijam Długi Staw, droga staje się równiejsza. Idzie się zieloną doliną. Pachnie. Kwiatkami, świeżym powietrzem... Powoli idąc zjadam ostatniego kabanosa, obiecując sobie nagrodę w Śląskim Domu.

Highslide JS

Wreszcie, przed trzynastą, jestem na miejscu. Jaka uciecha! Muszę chyba ciekawie wyglądać, bo mijani przeze mnie ludzie trochę się dziwnie patrzą.

Pierwszy raz jestem tutaj, ale tak jakoś nogi same mnie kierują do barku z piwem. Zupełnie jak Pani Ela w Tunezji, tyle, że tam na kawę.

Jakie dobre piwko! Mokre! Zimne! Z bąbelkami!

Highslide JS

Siadam sobie na ławeczce i powoli sączę bursztynowy nektar...

Na dół sobie zjadę busem z 5 euro. Mogę sobie pozwolić na piwko. Zresztą co to jest jedno piwko, kiedy człowiek taki odwodniony...

Po piwku idę załatwić przejazd na dół do Tatrzańskiej Polanki. Pół godziny do odjazdu, a bus już cały zapakowany! Mogę czekać na następny (za godzinę), albo iść. Wybieram to drugie. Nasi Górale są, jednak bardziej operatywni!

Highslide JS

Mam pond sześć kilometrów do przejścia! Dobrze, że w dół!

No to idę. Końcówka jest najgorsza. Czuję zmęczenie, nie tylko w nogach, ale i w całym ciele. Kiedy dochodzę do Tatrzańskiej Polany widzę stojący pociąg na stacji. Nie mam nawet sił aby podbiec. Nie mam na nic sił. Pociąg odjeżdża, a ja kupuję bilet do Starego Smokovca. Pani w kasie usiłuje mnie namówić, abym sobie poszedł piechotką, bo to przecież tylko trzy kilometry, ale spotyka się z mojej strony z oporem. Nie będę już nigdzie chodził! Nigdzie się nie ruszę! Będę siedział i czekał na następny pociąg, który mnie zawiezie do Smokovca, a tam wsiądę w autobus i pojadę do Łysej Polany.

Jednak namówiła mnie na dojście do przystanku autobusowego. I bardzo dobrze! Dzięki temu mogę sobie siedzieć i podziwiać podgórskie, słowackie miasteczka aż do Łysej Polany (dwa euro – za to biletu nie wydał).

Teraz tylko krótki spacer na polską stronę, za dwa złocisze jadę na pętlę przy wejściu na szlak nad Morskie Oko i z miejsca łapię busik do Zakopanego.

Było wspaniale! Palce sfioletowiały po dwóch dniach. Mięśnie przestały boleć po trzech dniach. Pani Ela chciała w góry już następnego dnia.