KEFLAVIK - POWRÓT

 

Pan domu wrócił późno i zostawił nam kartkę, na której napisał, że bardzo dziękuje za gościnę. Z jakąż ulgą musiał, to pisać. Pani Ela odpisała, że również dziękujemy i dołączyła „małpkę” Żubrówki.

Wieczorem się spakowaliśmy, więc dzisiaj tylko śniadanie i w drogę! Na lotnisko!

Kiedy siedziałem sobie w ogródku, paląc pożegnalnego papierosa, z domku gospodarczego, wyszło dwóch jego mieszkańców. Mówią po polsku. Więc zagadałem. No i podowiadywałem się różnych rzeczy...

Bardzo chwalą sobie Islandię. Mieszkają już kilka lat i sprowadzili tutaj rodziny. Mają dobrze. Są zachwyceni systemem opieki społecznej.

– Proszę pana, tutaj wystarczy rok popracować i można trzy lata być na zasiłku. A później idzie się do Opieki i znowu dają pieniądze. Tysiąc euro miesięcznie! – relacjonuje jeden.

– Tak, ale już trzeba będzie, jednak pójść do jakiejś pracy, bo koziołki zaczynają skakać po głowie – basuje drugi.

Jeszcze trochę porozmawialiśmy o pogodzie. Dowiedziałem się, że w tym roku jest wyjątkowo suche lato. I ciepłe.

– Tutaj woda z deszczu płynie pod górę! Taki wiatr. Ale powietrze wspaniałe! Mojej babci, po roku minęła astma!

Jeszcze trochę pogadaliśmy i musieli jechać, bo „koziołki” im skakały...

Zabieramy plecaki i idziemy na przystanek autobusowy. Jedziemy na lotnisko. Do Keflaviku.

Samolot mamy dopiero jutro rano, ale na normalnym lotnisku zawsze znajdzie się miejsce, gdzie można się przespać. Najpierw szukamy przechowalni bagażu. Lotnisko malutkie, więc nie ma problemów ze znalezieniem. Problemy są z pozostawieniem bagażu, bo w przechowalni nikogo nie ma. Nawet obsługa nie mogła znaleźć osoby odpowiedzialnej.

Z lotniska do miasta Keflavik, jest jakieś 5 kilometrów. Niby niedaleko, ale z piętnastokilogramowymi plecakami, to niezbyt miła perspektywa...

Bierzemy taryfę i jedziemy. Na polskie, to zapłaciliśmy jakieś 50 złociszów. Ale dobrze, bo zawiózł nas pod sam ratusz, a stamtąd mieliśmy kilka kroków do Gesthausu, gdzie pozwolono nam zostawić nasze obciążenie.

Wolni i swobodni możemy iść na zwiedzanie. Miasteczko położone jest nad zatoką i żyje z morza. Chcemy obejrzeć „długą łódź” wikingów, którą zrekonstruowano i umieszczono w muzeum.

Jest dopiero koło dziewiątej, a sklepy, jak w całej Islandii, czynne są od 9.00. Mamy szczęście, bo akurat otwierają cukiernię. Na śniadanie kawa i świeże bułeczki francuskie. Dawno nie jadłem czegoś takiego dobrego...

Wzmocnieni idziemy do muzeum. Idziemy i idziemy... Na planie miasta sprawdzam, gdzie mamy dojść. Na mapie niedaleko. Ale tylko na mapie. Dobrze, że jest piękna pogoda, to i pospacerować można z przyjemnością.

Usiłuję znaleźć jakiś skrót, ale tylko wpakowałem nas w dzielnicę przemysłową, z paskudnymi drogami. Jakoś się przebijamy przez bezdroża i docieramy do parku. Tutaj wszędzie są parki. Z ławkami i koszami na śmieci. I jest czysto. Można usiąść i odpocząć. W oddali widać już stojący nad morzem gmach muzeum. To już dobrze. Widać cel.

Wreszcie dochodzimy. W tych okolicach, podobno była jedna z pierwszych osad. Stoją domki, które oglądamy z zewnątrz, bo wszystko pozamykane. Domki są typowe dla Islandii. Niskie i kryte darnią. Podobno było w nich ciepło, ale i wilgotno. Reumatyzm pewny!

Muzeum jest otwarte, ale wstęp płatny. Kiedy usłyszałem, że mam zapłacić za wstęp dwa tysiące koron, to z miejsca mi minęła chęć na oglądanie. Łódź widać z zewnątrz, więc nie muszę wchodzić. Wyrwałem na zewnątrz i czekam, kiedy Pani Ela zaspokoi (jako delegacja) ciekawość. Zaraz za mną wyszła i powiedziała, że pan, pozwolił na jeden bilet, wejść nam razem.

Kiedy sobie już obejrzałem eksponaty, to doszedłem do wniosku, że nie jest to warte 2 tys. koron. Owszem ciekawe, bo jest łódź wikingów ze wszystkimi szczegółami, są mapy ich (wikingów) podróży, są opisy ich życia, ale to wszystko nie jest adekwatne do ceny, jaką trzeba zapłacić za obejrzenie.


Islandczycy bardzo lubią wszelkiego rodzaju wystawy i muzea. Niezapomniany Pan Krzysztof z naszego pierwszego noclegu, opowiadał o Muzeum Penisów. Zwierzęcych. W Husavik. Niestety nie zajrzeliśmy tam, czego bardzo żałuję...


Wracamy do miasta. Tym razem idziemy, tak jak się należy chodnikiem. I bliżej i wygodniej. To kawał drogi. Ponad pięć kilometrów. Szczęśliwie, co jakiś czas są ławeczki, na których można przycupnąć i trochę odpocząć. W czasie takiego odpoczynku – ławeczka była przy sklepie, widzę, jak podjechał samochód. Wysiadł z niego facet i nie gasząc silnika, wszedł do sklepu. Nie było go około kwadransa. No! Niechby tak spróbował przenieść swoje zwyczaje na kontynent!!!

Po długim spacerze, wzmacniamy się w miejscowej knajpce. Staram się nie przeliczać na złotówki, ile nas to kosztuje... Jesteśmy zmęczeni, więc należy nam się mały odpoczynek. Idziemy na basen.

Basen znajduje się na obrzeżach miasta, ale łatwo do niego trafić. Kierujemy się strzałkami, które umieszczone są na latarniach. Za wejście płacimy po 450 koron. Normalna cena. Idę do swojej (męskiej) szatni, a Pani Ela skręca do swojej. Nie ma tłoku. Luzy. Powiedziałbym więcej – pustka.

Kiedy się przebieram, to znaczy zdejmuję ubranie i goły (taki, jakiś zwyczaj – zresztą nie opłaca się wkładać gaci, aby przejść te kilka metrów pod prysznice) idę do strefy prysznicowej, słyszę, że ktoś jednak jest.

Dwóch chłopców, tak po 10 -12 lat szleje pod prysznicami. Poodkręcali wszystkie na cały zycher i biegają pod nimi. Pierwszy raz widzę tutejsze dzieciaki, które się tak zachowują. Czyli – normalni. Kiedy mnie zobaczyli, zaraz ścichli. Szybko powyłączali płynącą wodę i już cichutcy zniknęli w szatni.

Stosuję się do instrukcji w języku polskim. Myję się w miejscach strategicznych i zgodnie z poleceniem, nie zapominam włożyć kostiumy kąpielowego.

Pływamy i parzymy się w łaźni. Wreszcie mam dosyć, chyba trochę przesadziłem, z tą łaźnią, bo zaczyna mi się kręcić w głowie. Wychodzę i czekam na Panią Elę na zewnątrz. Na świeżym, rześkim powietrzu...

Pani Ela wychodzi promienna.

– Nie wyglądam na Polkę! – mówi

– Jak to?

– Aaa, kiedy się przebierałam, to do szatni weszły dwie dziewczyny. Najpierw mnie obejrzały, ale że chyba im się swoją, nie wydałam, to zaczęły ze sobą rozmawiać po polsku.

– ??? – podnoszę brwi z zaciekawieniem

– Jedna się chwaliła, że wczoraj na dyskotece poznała bogatego Szweda. – te przerwy w opowiadaniu są denerwujące...

– I co? – dopytuję się. Przecież z tego by się chyba Moja Połowica tak nie cieszyła.

– Druga jej się spytała „a co z Heńkiem?”, a ta pierwsza odpowiedziała „a chuj z nim!” – Pani Ela jest zdegustowana i rozbawiona jednocześnie.

A ja się zastanawiam nad moralnością naszych rodaczek i gratuluję w myślach temu Heńkowi, który niechcący został bez kobiety. Mam kochaną żonę!

Jest wczesne popołudnie, więc idziemy nad morze. idziemy pięknym bulwarem, który prowadzi wzdłuż brzegu dochodząc do parku. No może na wyrost powiedziane. To właściwie nie park, tylko rozległy trawnik z ciekawą rzeźbą pośrodku. Ławeczki jednak są i jest gdzie przysiąść, odpocząć w słońcu.

Wracamy do Gesthausu i odbieramy nasze plecaki. Chcemy już na lotnisko. Szukamy taksówki. Brak. Idziemy na przystanek autobusowy. I owszem, autobusy jeżdżą, ale tylko po Keflaviku. Na lotnisko nie ma żadnego.

Mamy alternatywę: dojść z kamasza te 5 kilometrów na lotnisko, albo dojść do przystanku na obwodnicy, skąd już możemy złapać transport. Obie możliwości nie są zbyt ciekawe, bo do przystanku skąd moglibyśmy jechać na lotnisko, jest jakieś 4 kilometry.

Szczęśliwie, nie tylko my mamy taki problem. Jest jeszcze para Francuzów, którzy również biegają po ulicach usiłując znaleźć jakiś transport. I znajdują. W tym Gesthausie. Pracownik zgodził się podwieźć ich busem. My też się załapujemy. No i tak pozbyliśmy się ostatniej buteleczki Żubrówki. Pieniędzy nie chciał.

Wylot mamy dopiero rano, więc przyjdzie nam koczować na lotnisku całą noc. Pani Ela nie jest zadowolona. Foteliki twarde, metalowe. W dodatku poznajdywałem takie różne napisy, gdzie było dużo „sleep” oraz „no” i poprosiłem, aby przetłumaczyła. Przetłumaczyła. Na terenie portu lotniczego nie wolno nocować. I spać.

– To wszystko przez to, że się ciebie zawsze słucham! – Pani Ela robi się nerwowa.

Jestem lekko zdziwiony i usiłuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz postawiłem na swoim. W takich momentach robię się odurniały i brak mi argumentów.

– Dam pieniądze i możesz sobie pojechać do Gesthausu i tam zanocować – proponuję.

– Nie chcę! – naburmuszyła się.

Nerwowa kobieta przez dwanaście godzin, to raczej nie jest osoba, z którą chciałbym przebywać...

Widziałem w sklepiku jabłuszka. Piękne, czerwone, uśmiechające się. Kupuję dwa i tym przekupuję Jaśnie Panią... Już dobrze. Nawet moje pocieszenia na nią nie działają.

– Kochanie, nie masz się co martwić, jeżeli nas wygonią, to przed budynkiem rozbijemy namiot. Przecież mamy wszystko co potrzebne do noclegu. – tłumaczę

Mnie tam się podoba. Nie za bardzo, bo twardo, ale przynajmniej ciekawie i już sobie wyobrażam, jaki będę zmęczony w samolocie. I od razu zasnę. I żadne drące się dzieciaki nie będą mi przeszkadzać...

Wieczorem (koło 22), przenosimy się pod zamknięty już barek. Są tutaj wygodniejsze krzesełka. Za to są i Polacy wracający do swojego nowego domu z ojczyzny. Oczekują na świt – od szóstej taksówki mają dzienną taryfę. Koło piątej słyszę, jak się naradzają, aby było jeszcze taniej. Jeden wychodzi na zewnątrz i telefonuje. Za jakieś pięć minut przyszedł.

– Szef zgodził się przyjechać! – mówi

– Ooooo!!! – jaka ulga i radość!

– Tyle, że musimy trochę na niego poczekać, bo teraz jest w Oslo i wraca w środę – kończy.

Zapada cisza. Zbierają swoje klamoty i wychodzą na postój taksówek.

Lot do Warszawy jest spokojny. Lądowanie również. Tyle, że któryś z pasażerów zapalił papierosa w kiblu i zastosowano do nas odpowiedzialność zbiorową. Przetrzymano w samolocie 15 minut. Za karę. Niech się nauczą, jak mają się zachowywać!

Nie lubię odpowiedzialności zbiorowej, ale to właściwie jedyne zastrzeżenie, jakie miałbym do mieszkańców Islandii.