REYKJAVIK

 

Oskar, Pan Domu, chyba nas niezbyt lubi. Wydaje mi się, że już mu przeszkadzamy, ale wziął pieniądze i za bardzo nie ma wyjścia. Musi nas znosić. Przemknął się raniutko, kiedy jedliśmy śniadanie, do łazienki na dole i zniknął w swoim pokoju, czekając, kiedy Jego Mili Goście się wyniosą.

No to się wynosimy do Reykjaviku. Na zwiedzanie.

Stolica Islandii nie jest duża. Raptem trochę ponad stu tysięcy mieszkańców (z miasteczkami przyległymi – ok.200 000). Na warunki islandzkie, jest jednak wielką aglomeracją, bo to przecież 2/3 całej populacji kraju.

Po wczorajszym zachmurzeniu i opadach nie zostało śladu. Jest słoneczko i ciepło. Tak ze 14-16 stopni. Powietrze przezroczyste, jak kryształ.

Idziemy do portu, gdzie wykupujemy wycieczkę statkiem. Będziemy oglądać maskonury i delfiny. Widoczność jest wspaniała, więc z pewnością wrażeń nie zabraknie! O 10, czyli za jakieś pół godziny wypływamy!

Płyniemy małym stateczkiem przystosowanym do obsługi turystów. Można wejść na górny pokład, albo usiąść na ławeczce na dolnym. Siadamy na dolnym. Stateczek zaczyna płynąć. Nabiera szybkości.

Zaczyna się! Troszkę bryzga, ale, że jesteśmy osłonięci, więc dużej krzywdy nie robi. Mnie nie robi, bo Pani Ela po kwadransie ma mokre buty i rezygnuje z dalszego siedzenia i wypatrywania. Wcześniej zrezygnował ze stania na dziobie i wypatrywania jakiś Anglik. Godnym krokiem, ociekający wodą i przemoczony do suchej nitki schodzi z dziobu i idzie pod pokład. Wszyscy ( w miarę susi) GO podziwiamy i cieszymy się, że już przestał cierpieć. Nawet mu mięsień na twarzy nie drgnął.

Łódź płynie szybko, rozbryzgując wodę, która moczy wszystko na pokładzie. Siedzę przy samej nadbudówce, więc jestem chroniony, inni nie za bardzo. Dociera do mnie tylko pył wodny, przed którym jestem dobrze osłaniam się kurtką.

Na horyzoncie widać stadko maskonurów. Płyniemy w ich stronę. Niestety, kiedy podpływamy, całość podrywa się do lotu i odlatują poza zasięg mojego aparatu fotograficznego. Jestem zawiedziony. To piękne ptaki, kolorowe... I tak ze trzy razy. Wreszcie dają spokój (organizatorzy wycieczki) maskonurom i płyniemy obejrzeć delfiny i orki.

Większość ludzi pouciekała z pokładu chowając się w pomieszczeniu. Znajduję sobie zaciszne ( w miarę) miejsce i podziwiam okolicę. Pływające stateczki, które tak, jak i nasz usiłują dopaść jakiś przedstawicieli tutejszej fauny ( z podobnym rezultatem), latające mewy, które są bardzo fotogeniczne, flagę Islandii powiewającą na wietrze i kilwater powstający za statkiem...

Raz nawet udało mi się zobaczyć jakąś rybkę, która podpłynęła pod samą powierzchnię wody, przy samym statku. Niestety, pozostałe okazy, które chciałbym zobaczyć, pływają w odległości uniemożliwiającej dokładniejsze ich obejrzenie.

Po trzech godzinach wracamy pobici. Właściwie, to nic nie zobaczyliśmy. Zawód rekompensuje pogoda i widoki okolicy. Też było pięknie. Trzeba się cieszyć z tego co jest! W nagrodę za cierpliwość, organizatorzy, proponują nam następną wycieczkę. Za darmo, w ramach rekompensaty o godzinie 17. Zarówno Pani Ela, jak i ja darowujemy sobie. Wystarczy na dzisiaj, było pięknie, ale co za dużo, to …

Po tej przejażdżce statkiem, trochę zgłodnieliśmy. W pobliżu portu jest sporo jadłodajni, gdzie serwują tutejsze dania. Weszliśmy do jednej z nich i zamówiliśmy jedzonko. Pani Ela, jak zawsze – zupę rybną, a ja walenia.

Zupka, była niezła, ale to, nie było to, co wczoraj. Waleń, smakował dosyć ciekawie (jak mawiają Anglicy). Ciemne mięso, podobne do wołowiny (kolorem). Smakowało, to mięso tak pomiędzy żylastym kawałkiem niedopieczonej wołowiny, a śledziem. To znaczy: pod zębami był jak wołowina, a smakiem i zapachem przypominał śledzia. Ale zjadłem i wiem czego będę się starał na przyszłość unikać.

Niegłodni,ale i nienajedzeni idziemy do galerii mieszczącej się w pobliżu portu. Sztuka współczesna. Trochę ponure barwy obrazów, chyba odzwierciedlające tutejszy klimat. Za to kawa w miejscowej kawiarni całkiem niezła.

Po kawce Pani Ela dostaje energii i idzie (ja tylko towarzyszę) na zwiedzanie sklepów z upominkami. Jest tego tutaj mnóstwo. Spory wybór wszystkiego, czego dusza zapragnie i co najważniejsze ceny są niższe, niż gdzie indziej spotykane. Co konkurencja, to konkurencja...

Szczęśliwie nic nie kupujemy.

Niedaleko portu, a właściwie, tuż przy samym porcie, wznosi się świeżo pobudowany budynek Opery. Oficjalne otwarcie ma nastąpić dopiero jutro (20 sierpnia), ale już teraz jest otwarty dla zwiedzających. Prowadzone są prace wykończeniowe, ale nikomu nie przeszkadzamy.

Jest piękny. Zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Ściany zewnętrzne zrobione są z kolorowego szkła, przez które można oglądać panoramę portu. Chodzimy i podziwiamy. Wnętrze zostało tak jakoś zaprojektowane, że mimo widocznej zewnętrznej przestrzeni, jest przytulnie. Może, to zasługa ciepłego odcienia koloru szyb, może wystroju wewnątrz budynku. Jesteśmy oczarowani.

Jeszcze trochę powłóczyliśmy się po mieście. Obejrzeliśmy ratusz i park obok niego. Pani Ela nawet chciała pogłaskać kaczuszkę i usiłowała ją oszukać, pokazując pustą dłoń, ale kaczka nie była, aż taka głupia. Zwierzaki tutaj takie, jakieś rozpuszczone...

Pochodziliśmy po parku. Posiedzieliśmy na ławeczce i podziwialiśmy, jak inni wylegują się na trawie. Ja, jakoś nie chciałem, bo pełno tutaj łażących gęsi, a one mają zwyczaj pozostawiać różne takie mało pachnące pamiątki, które bardzo dobrze rozsmarowują się po ubraniu.

Wreszcie wracamy do Hafnarfjordur. Wstępujemy do pubu, gdzie wypijamy po piwku i idziemy do domu. Tyra (piesek), bardzo się cieszy z towarzystwa. Oskara nie ma.