SVINAFELL I LODOWIEC VATNAJÖKULL


Ranki są nieciekawe... Zimne i troszkę wietrzne. Ciężko się zmusić do wyjścia ze śpiwora i wypełznięcia na zewnątrz namiotu.

Pokonuję opory i wychodzę. Jest w normie. To znaczy koło ośmiu stopni. Ciepło.

Budynek recepcji zamknięty, ale są pawilony, gdzie można się umyć i są toalety. Przy budynku recepcji, jest mały aneks kuchenno-stołówkowy. Jest wszystko i nawet działa. Kuchenki elektryczne i czajnik. Nie trzeba odpalać gazowego palnika. Zagotowuję wodę i robię kawę.

Po porannej kawce można zjeść nieduże śniadanie i o siódmej jedziemy!

Obwodnica prowadzi między lodowcem Vatnajokull, a brzegiem morza. Jadąc oglądamy (głównie, to Pani Ela, bo ja prowadzę) krajobraz. Trochę monotonny. Rozlewiska wody spływającej z lodowca, troszkę trawy i wszędobylskie owce. Powoli zaczynają się pagórki. Przy jednym się zatrzymujemy. Punkt widokowy. Nawet ciekawy ten widok. Rozległa równina, a na horyzoncie białe góry. Lodowiec.

Powoli lodowiec zbliża się do szosy. Wreszcie widzimy most, a przed nim zjazd na punkt widokowy. Skręcam. Zresztą nie tylko ja. Zarówno ci, którzy jadą z przeciwka, jak i ci, którzy jadą przede mną (raptem wszystkiego cztery, czy pięć samochodów – wzmożony ruch) również zjeżdżają.

Parkuję wśród innych pojazdów, zatrzymują się tutaj zarówno autokary, jak i osobówki. Znaczy, że warto!

Trudno opisać, to co zobaczyliśmy. Nie niesamowite. Po prostu piękne...

Wspaniały widok zsuwającego się lodowca do zatoki. Pływające biało-niebiesko-szaro-czarne bryły lodu po zielonkawym błękicie wody. Jest słonecznie i niemal bezchmurno, więc widok porażający swoim pięknem. Natura... Najlepszy artysta w tworzeniu kiczowatych obrazów. Chyba zacznę lubić kicze...

Chodzimy i podziwiamy, to cudo przyrody wśród innych turystów. Niektórzy decydują się nawet na dokładniejsze pooglądanie górek lodowych (mała góra, to górka) i pływają po jeziorze amfibią. Myślałem, że to normalna łódź i nawet kombinowałem, gdzie ma przystań, aż wreszcie sprawa się wyjaśniła, kiedy „łódź” zaczęła wyjeżdżać na brzeg...

Jest ciepło i nigdzie nam się nie spieszy, więc łazimy po brzegu, aby jak najwięcej zobaczyć... Wreszcie wszystko już obejrzane i można jechać dalej!

Jedziemy, ale niedaleko, bo zaraz za mostem znowu zjazd, tym razem w lewo. Nad morze!

Tutaj zupełnie inaczej, chociaż podobnie. Możliwe, możliwe... Inaczej, bo fale i szum morza, błękit aż po horyzont. Podobnie, bo niesione prądem lodowe pagórki barwią bielą niebieskość wody i nieba. Tych podobnych i innych jest bardzo dużo...

Jesteśmy osłonięci od wiatru wysokim brzegiem, więc słoneczko pokazuje co potrafi. Jest ciepło, a nawet gorąco. Powoli się rozbieram i siedząc na czarnym, wulkanicznym piasku podziwiam białe bryły lodu wyrzucone na brzeg... Pani Ela też podziwia, tyle, że ma więcej energii, więc biega od jednej do drugiej i wyszukuje coraz piękniejsze.

Następny przystanek, to jezioro do którego spływa lodowiec. Tutaj znowu podobnie, ale inaczej...

Jezioro położone w zagłębieniu, tak że w słońcu jest całkiem ciepło i mogę się rozebrać. Nawet muszę. Jezioro działa, jak soczewka i jest naprawdę gorąco. Dobrze, że wieje lekki wiaterek i trochę chłodzi marszcząc taflę jeziorka.

W przewodniku, Pani Ela wyczytała, że w Hofsnes są organizowane wycieczki nad brzeg morza. Pooglądać ptaki – maskonury. Skręcam tak jak drogowskaz wskazuje. Hofsness, jest zagrodą. Taka typowa dla Islandii farma. Niestety jesteśmy koło 13, a wyjazd odbywa się codziennie o 12. Bardzo byśmy chcieli obejrzeć te piękne ptaki, ale godzina 12 rozbija nam cały dzień. Może kiedy indziej...

Dojeżdżamy do Svinafell, ale że w recepcji nikogo nie ma, więc jedziemy dalej na największe na Islandii pole namiotowe w Skaftafel.

Kiedy usłyszałem, że to największe pole namiotowe, to już mi się nie spodobało. To co duże, to raczej rzadko jest dobre. Trochę protestowałem, ale słusznie Pani Ela powiedziała

  – Jak nam się nie będzie podobało, to się wrócimy.

Jestem zgodny i zawsze się słucham swojej żony, bo ona wie najlepiej, co dla mnie dobre! Zresztą i tak mieliśmy tam pojechać, bo stamtąd odchodzą szlaki.

Droga dobrze oznakowana, więc trafiamy bez problemów. To jakieś 10 minut jazdy od poprzedniego pola namiotowego. Kiedy dojeżdżam, to zaczynam protestować. Tłok. Pełno samochodów, a i kilka autobusów się znalazło na parkingu. Cały wielki parking załadowany, że nic się już nie mieści. Wjeżdżam na teren pola namiotowego, gdzie jak widzę jest miejsce dla pojazdów biwakujących. Tam zostawiam samochód.

Szlaki prowadzą przez pole namiotowe. Idziemy. Mamy dużo czasu, bo jest dopiero wczesne popołudnie. Słońce świeci, więc w dobrym oświetleniu oglądamy okolicę. Sporo biwakujących. Za to infrastruktura pozostawia dużo do życzenia. Kiedy się porozglądałem, to zobaczyłem tylko kilka przybytków czystości, co przy takiej ilości ludzi skutkuje korzystaniem z okolicznych krzaków. Nie każdemu się chce iść 300 metrów do toalety... Miejsce na biwak dobre, ale...

Wchodzimy na szlak, który prowadzi do wodospadu Svarifoss. Ten dzisiejszy spacerek, to mała zaprawka przed jutrzejszym. Trzeba rozprostować nogi. Trasa prowadzi piękną okolicą. Cały czas pod górkę. Szczęśliwie co jakiś czas mamy przerywnik na oglądanie wodospadów – Thjofafoss, Hundafoss i Magnusarfoss.

Niestety wodospady są zarośnięte i dojście na odległość zrobienia dobrego zdjęcia jest bardzo trudne. Staję na skraju skarpy i robię fotkę z góry. Jak dobrze, że przedtem nie zdenerwowałem Pani Eli, bo droga na dół daleeeka...

Dojście nad wodospad Svartifoss zajmuje nam półtorej godziny. Sam wodospad nie jest wielki, ale pięknie położony. Bazaltowe nawisy skalne faktycznie wyglądają jak organy (przy niedużej pomocy wyobraźni). Mamy takie szczęście, że przy wodospadach pogoda nam się psuje, tak było i tym razem. Powoli nadciągnęły chmury i słońce się za nimi schowało. Wracamy na pole. Decydujemy się rozbić w Svinafel.

Miałem nadzieje, że będzie tutaj basen, ale okazało się, że jest on czynny tylko w czasie sezonu, kiedy jest sporo ludzi. Woda jest ogrzewana przez spalarnię śmieci. Teraz, niestety, nie ma zbyt wielu biwakujących, więc i spalarnia nie działa. Kąpieli nie będzie! Z drugiej strony, może i dobrze, bo nie ma tłoku.

Rozbijam namiot przy jakiś krzaczkach, a z drugiej strony stawiam samochód. Zawsze, to jakaś osłona przed wiatrem... Załatwiamy formalności, to znaczy Pani Ela płaci za nocleg, i idziemy do kuchnio-jadalni. Jest wszystko, co potrzeba. Kuchenki, czajniki, talerze itp... Korzystamy ze wszystkiego. Po obiado-kolacji, do namiotu na wypoczynek przed jutrzejszym spacerem.



Dzisiaj mglisto. Za to ciepło. Prawie 10 stopni. Kiedy Jaśnie Pani wypiła kawkę w namiocie i doszła do wniosku, że może już funkcjonować, idziemy na śniadanie do kuchnio-stołówki. Przed spacerkiem, trzeba coś zjeść. Wybieramy drogę naokoło doliny, a właściwie wyżyny, bo w dolinie lodowiec.

Dojeżdżamy na pole namiotowe w Skaftafell, zostawiamy samochód i o ósmej jesteśmy na szlaku. Cisza i spokój. Turyści również się dostosowali do tutejszego rytmu i jeszcze śpią w namiotach...


RELACJA PANI ELI


Park narodowy Skaftafell


Zaopatrzeni w mapę parku zakupioną w miejscowej informacji turystycznej, wyruszamy wcześnie rano na całodniową wędrówkę. Pogoda zmienna; trochę mgieł, sporo chmur, czasami przebija się słońce, ogólnie dobra pogoda na podchodzenie w górę, martwimy się tylko trochę, że wyżej może nie być dobrej widoczności.

Wejście do parku zaczynamy podchodzeniem od wielkiego pola namiotowego w Skaftafell, które przecinamy i dobrze oznaczonym szlakiem podchodzimy do pierwszego punktu oznaczonego jako Sjonarnipa. Szlak na całej długości oznakowany drewnianymi palikami pomalowanymi w górnej części na kolor żółty oraz bardzo dobrze przystosowany dla turystów: drewniane mostki i stopnie, poziome rynny z poprzeczkami umożliwiające bezproblemowe przejście nawet przy większych opadach deszczu.

Wejście na Sjonarnipę jest łagodne więc nieuciążliwe, brzegi ścieżki porośnięte z obydwu stron karłowatymi drzewkami liściastymi o wysokości około 2 m. Stopniowo wznosimy się coraz wyżej, kończą się drzewka pozostają tylko niewysokie krzewy, im bliżej grani, tym więcej kamieni i skałek. Czasami gdy wiatr przewieje chmury na horyzoncie widoczny jest ocean.

W końcu wychodzimy na grań, a właściwie, jest to krawędź urwiska z doskonale widocznym po prawej stronie jęzorem lodowca. Przed nami widoczna dalsza część drogi, wiodąca długim wznoszącym się trawersem wzdłuż krawędzi, oddzielającej dolinę od dużego płaskowyżu. Lodowiec zajmuje całą szerokość doliny, a po drugiej stronie widoczna jest krawędź przeciwległego zbocza. Siadamy na skałkach w miejscu osłoniętym od wiatru i podziwiamy widoki. Pod nami na wprost, zalega zajmujący całą dolinę lodowiec Skaftafellsjokull, jest to w rzeczywistości ogromny lodowiec Vatnajokull, który w tej części ma własną nazwę wziętą od doliny. Z góry doskonale można podziwiać spękania i szczeliny lodowca mieniącego się w słońcu, które czasem przebłyskuje spoza chmur. Od krawędzi płaskowyżu, gdzie się znajdujemy, do dna doliny z lodowcem, wiodą wysokie zerwy czarnych skał, tworzące fantastycznie postrzępione ściany skalne i szerokie (chociaż strome) kuluary prowadzące do dna doliny. Jest wcześnie rano, więc brak jest innych turystów, siedzimy na krawędzi i pasiemy oczy.

Od Sjonarnipy droga prowadzi ukosem w górę wzdłuż krawędzi urwiska, po prawej stronie ciąg dalszy lodowca. Kiedy przeciwległe zbocze się kończy i dolina nagle się otwiera, lodowiec zajmuje już całą jej szerokość i stąd można podziwiać jego wielkość.

Szlak skręca ostro w lewo i długim trawersem wyprowadza na piękne hale porośnięte mchami i niewysokimi krzewami. Raptem zrobiło się wokół nas zielono i ciepło, słychać nawoływania ptaków. Przekraczamy kilka strumieni, które wypływają z niewidocznego stąd innego lodowca i powoli podchodzimy do drogi wiodącej na szczyty Bratthalsar i Kristinartindar. Ścieżka wiodąca w górę przypomina wejście na Połoninę Wetlińską w Bieszczadach. Droga bez trudności ale w gęstej mgle, dodatkowo zaczyna siąpić i wieje zimny wiatr znad oceanu. Odbywamy naradę co do dalszej wędrówki i stwierdzamy, że nie będzie na górze widoczności, więc nie ma co wchodzić. Decydujemy się na zejście w dolinę. Po drodze mijamy dużo grup turystów, którzy wybrali wejście wprost z pola campingowego na Bratthalsar i Kristinartindar, wchodzą pomimo panującej w górze mgły. Im niżej tym pogoda lepsza, więcej słońca i cieplej.

Siedzimy przy ścieżce i jemy kanapki kiedy tuż koło nas zaczęło się coś poruszać. Mały dropiaty ptaszek, wielkości naszego gołębia żerował chodząc, nie wydawał się przestraszony naszą obecnością. Piotruś błyskawicznie wyciągnął aparat i zaczął za nim biegać. Miałam wielką uciechę obserwując młodego ptaka, który zabawiał się w chowanego z moim (niemłodym już) mężem.

Przed nami na horyzoncie bajkowe widoki na ocean, natomiast wokoło nas rozpościera się ogromna łąka porośnięta kwiatkami i dzikimi ziołami, pachnie niczym w Tatrach Zachodnich jesienią. Zapachy i ciepło rozleniwiają, poruszamy się coraz wolniej, dochodzimy do miejsca widokowego, gdzie na ławkach i tarasach znajdujemy cały tłum turystów. Zatrzymujemy się tylko na chwilę aby zrobić zdjęcie okolicy, schodzimy w dół do drogowskazu, możliwości jest wiele, po naradzie decydujemy się zejść do wodospadu Svartifoss.

Wodospad Svartifoss widzieliśmy poprzedniego dnia, ale doszliśmy do niego od dołu. Tym razem dochodzimy do niego z góry schodząc po wielkich głazach. Prezentuje się równie pięknie jak poprzedniego dnia, strumień wody spadający z czarnych bazaltowych kolumn przypominających swoim kształtem organy, jest jedyny w swoim rodzaju. Kiedy siedzimy i podziwiamy wodospad przychodzi młody chłopak z torbą do której zbiera najmniejsze kawałki papieru pety itp., zaczynam rozumieć dlaczego tak tutaj czysto, oni tutaj ciągle sprzątają, proste i skuteczne rozwiązanie.



Spacer troszkę nas wyczerpał. Na obiad kasza z gulaszem, prysznic i do namiotu. Jak dobrze się wyciągnąć...

Leżałem i drzemałem. W pewnym momencie usłyszałem, polską mowę. Ktoś się niedaleko nas rozbijał i rozmawiał po polsku. Wyjrzałem. Czwórka młodych ludzi. Z natury jestem ciekawy, więc zagadałem.

Przyjechali z Wielkiej Brytanii. Chcą się wspinać na jakąś górę. Mają sprzęt i właściwie wszystko co potrzebne do przeżycia. Nawet benzynę przywieźli ze sobą. Trochę się dziwię, że ich przepuścili bo jest w plastikowych pojemnikach. No, ale może przepisy się zmieniły, a może to specjalny plastik...

Mieszkają na stałe w Anglii, nie dopytywałem się za bardzo, a i oni nie byli zbyt wyrywni do mówienia. Ogólnie odniosłem wrażenie, że niezbyt dobrze (merytorycznie) się przygotowali do tej podróży. A już jak zaczęli opowiadać o kradzieżach samochodów na Islandii. No cóż, ktoś ich musiał zdrowo nastraszyć! Młodzi są, ale mogliby trochę pomyśleć...

Obudziłem się koło północy. Młode Wilki wracają do namiotu. Jak przystało na Młode Wilki, nie liczą się z innymi. Potrzaskali drzwiami od samochodu, sprawdzili, czy silnik dobrze chodzi i głośno śmiejąc się wpełzli do namiotu.

„Nu zajec! Pagadi!” pomyślałem sobie. My wcześnie wstajemy!