napisał: Piotr Wojtkowski...

POWRÓT


CZWARTEK


Jeszcze po ciemku dojeżdżamy na lotnisko. Wszystko pozamykane. Przy bramie stoi strażnik i nikogo nie wpuszcza. Dopiero jakieś dwie godziny przed planowanym odlotem brama się otwiera i można wejść. Oczywiście po wylegitymowaniu się i okazaniu biletów.leh
himalaje himalajelot

Od bramy do wejścia na teren budynku lotniska jest jakieś 500 metrów. Pokonujemy je w szybkim tempie. Przy drzwiach znowu trzeba okazać paszporty i bilety.

Jeszcze tylko nadanie bagażu po uprzednim wylegitymowaniu i okazaniu biletów i już możemy wejść na teren odlotów. Po okazaniu paszportów i biletów oraz obszukaniu. Szczęśliwie już jesteśmy na miejscu, przed bramkami wejściowymi na teren lotniska.

Czekamy dwie godziny zanim zostajemy wpuszczeni na jego teren, oczywiście po wylegitymowaniu i okazaniu biletów oraz obszukaniu. Teraz tylko jakieś 15 minut czekamy na autobus i już jesteśmy przy samolocie, na pokład którego zostajemy wpuszczeni, tak, tak - po okazaniu paszportów i biletów.

lotniskolotnisko
lehdelhi
Wreszcie startujemy. Lotnisko jest cywilno-wojskowe, więc (chyba) popełniam zbrodnię i robię zdjęcie wojskowemu samolotowi, który startuje przed nami.

Samolot, którym lecimy jest nieduży. Mamy wspaniały widok na Himalaje. Lecimy na wysokości 10 tys. metrów, więc góry całkiem nieźle widać.

W Delhi zatrzymujemy się w hotelu sąsiadującym ze Smyle Inn. W tym ostatnim, niestety nie było miejsc, a my nie zarezerwowaliśmy wcześniej. Też dobrze, tyle, że trwa tam remont. Warkot i puki - stuki do samej nocy...

Najpierw idziemy coś zjeść. Do garkuchni. Albo zmiana wysokości pomogła, lub musieliśmy w Leh jeść straszne świństwo, bo już dawno mi tak nie smakowało. Za to smród, wilgoć i duchota po staremu.


PIĄTEK


Koło północy nie wytrzymałem i zszedłem na dół robiąc awanturę. Jakoś zrozumieli. Pomogło. Przestali pukać, szurać i walić. Remont. Turystów mało, to remontują co mogą. delhidelhi
delhidelhi

Wszędzie remonty. Na ulicy też. Poszerzyli główną ulicę w ten sposób, że po prostu odcięli od stojących wzdłuż jezdni budynków po jakieś 1,5 metra z każdej strony. Bardzo ciekawie, to wygląda. Jak po bombardowaniu...

Dzisiaj zwiedzamy Świątynię Bahaitów. Dosyć ciekawa, ale tutejszym ogrodom daleko do oglądanych przez nas, ich ogrodów w Hajfie.

Pojechaliśmy również do Świątyni Kryszny, której wieżyce widzieliśmy od Bahaitów. Przed wejściem stało dwóch pilnowaczy. Nie wszedłem. Jakoś nie czułem się na siłach ponownie znosić ich obmacywanki. Gorąco, duszno, jeszcze by mnie poniosło i miałbym kłopoty...

delhidelhi
delhidelhi
Pani Ela poszła w delegacji. Szybko wyszła. Brzydko mówiła. Takie słówka w pięknych różanych usteczkach... Fuj!!!

Mamy jeszcze dużo czasu, więc idziemy, a właściwie jedziemy obejrzeć Pałac Prezydencki. U nas by powiedzieli, że gigantomania. Tutaj jakoś pasuje. Pięknie położony na wzgórzu. Tyle, że pełno wojska i przeganiają z miejsca na miejsce, nie pozwalając chodzić gdzie się chce. Ale robią, to grzecznie, z uśmiechem.

Ogólnie uśmiech na mundurowych jakoś tak, rozbrajająco działa. Chyba czują się niedowartościowani. Kiedy się do któregoś uśmiecham, robi dziwne oczy, ale zaraz odwzajemnia i też zaczyna szczerzyć zęby. Tylko na bramkach, to nie działa...

Słoneczko coraz wyżej. Nie siąpi, ale czuje się wilgoć. Jest nam bardzo ciepło i mokro. Wszędzie. Chwilkę odpoczywamy pod budynkiem parlamentu, gdzie rosną drzewa i można się skryć przed słońcem, a nabrawszy sił idziemy pod India Gate (Brama Indii).

Wreszcie koło 13 wracamy do „naszego” hotelu. delhi
delhi delhidelhi

Wszystko mokre. Gacie można wyżymać. Biorę prysznic i włączam wentylator, aby przynajmniej troszkę się obsuszyć.

Lekko wilgotni idziemy na spacerek. I wilgoć i ciepło, tak nam pomieszało w głowach, że lekko pobłądziliśmy. Ale, to na dobre wyszło, bo trafiliśmy do takiej garkuchni, gdzie jedliśmy najlepsze thali w całych Indiach (po 90 rupii). Czas do domu, jeżeli coś takiego zaczyna smakować!!!

Po jedzeniu szare komórki zaczynają pracować i szybko znajdujemy drogę do hotelu. Te komórki, jednak nie dość dobrze pracowały, bo uliczny sprzedawca wcisnął mi piękny wachlarzyk z pawich piór. Dobrze, że Pani Ela interweniowała, bo byłem skłonny kupić 10 sztuk. Naprawdę, już czas do domu...

delhidelhi
delhidelhi
Wieczorem, tak z nudów włączam telewizor. Trafiam na wiadomości. Stacja angielskojęzyczna, więc troszkę rozumiem. Oberwanie chmury w Leh.

Wołam Panią Elę, która chłodzi się pod prysznicem. Dokładnie tłumaczy.

Nie ma już wioski Yangthang. Góra zsunęła się i zmiotła wszystko. Zalało i poniszczyło niżej położone domy w Leh. Kilka wiosek leżących w pobliżu gór przestało istnieć. Zginęło ponad 100 ludzi, w tym kilkunastu turystów. Lotnisko zniszczone, drogi poniszczone, pomoc dostarczana jest helikopterami.

Już nie chodzi o to co by było, gdyby było... Mamy tam znajomych... Dziadka, Babcię, ekipę bydgosko-toruńską, Ulfa i jego żonę - Carolę...






ZDJĘCIA ZROBIŁ ULF BECKMANN
Po powrocie skontaktowaliśmy się z Ulfem. Jako lekarz był bardzo pomocny.
Leh było odcięte od Świata jakieś dwa tygodnie. Kto mógł, to pomagał...
Babcia i Dziadek nie ucierpieli - ich dom położony jest powyżej osuwiska.
Co się dzieje z zespołem Bydgosko-Toruńskim, tego nie wiem. Mam nadzieję, że zbytnio nie ucierpieli...


SOBOTA


Ostatni dzień!!! Jaka uciecha!!!

Po śniadaniu mamy jechać do Muzeum Narodowego. Najpierw, jednak na śniadanie.

delhidelhi
delhidelhi
Do Hotelu Shelton. Na samą górę, skąd rozciąga się widok na panoramę Starego Delhi. Wspaniały zapach miasta (ludzkiego moczu i krowich gówien) dociera aż do nas – na czwarte piętro.

Jesteśmy pierwszymi klientami, tej szacownej garkuchni. Akurat sprzątają.

Najpierw podłoga jest zamiatana tymi śmiesznymi miotełkami z pawich piór. Kupki śmieci, jakie się nazbierały, są zmiatane bezpośrednio na ulicę. Z czwartego piętra i tak się rozproszy... Następnie całość jadą na mokro.

To, że nazwa hotelu pięciogwiazdkowa, nie znaczy wcale, że hotel taki. To jest hotel, nawet nie dla plecakowej braci, tylko dla miejscowych. W przeliczeniu na gwiazdki, to by było minus **. Widziałem gorsze...

delhidelhi
delhidelhi
Aby dojść na górę, trzeba wspinać się po schodach, mijając pokoje hotelowe, skąd dochodzi swojski dla Indii aromat (zgadnij czego?). Widok wynagradza, jednak te pewne niedogodności, a jeżeli człowiek spojrzy na wszystko z przymróżeniem oka i potraktuje, to jako miejscowy koloryt, to nawet jest interesujące...

I tak nie jest źle. W Średniowieczu w naszych miastach wylewano zawartość nocników przez okno na ulicę, aby mogła sobie (ta zawartość) swobodnie spłynąć do rynsztoka. Tutaj nocników nie opróżniają, z czego bardzo się cieszę, bo zamiast kapelusika musiałbym nosić pancerny parasol.

Kiedy znajdzie się gorszą możliwość, to od razu lżej. Jak ten Żyd, którego osrał wróbelek.

delhidelhi
delhidelhi
Jest jak co dzień – duszno i gorąco. Słoneczko świeci, chmurki płyną po niebie i zapewne będzie padał deszcz. Temperatura i wilgotność komfortowa, jakieś 35 stopni Celsjusza i 95 %. Raj!

W Muzeum Narodowym jest sporo wystaw, ale nie rzucają na kolana. Ciekawa (przynajmniej dla mnie) jest ekspozycja dawnej broni. Słoń w rynsztunku bojowym również jest pokazany. Tyle, że nie wolno fotografować... Dwie godzinki chodzenia po chłodnym wnętrzu pomogły nam odsapnąć od duchoty ulicy.

Łapiemy rikszę i jedziemy do Bazaru Tybetańskiego. Facet wiózł nas naokoło i długo jechał. Dostał 60 rupii. Nie był zadowolony, ale na niego nakrzyczałem i uciekł. Chyba zrozumiał. Gdybyśmy pieszo szli, dotarlibyśmy w takim samym czasie, bo Bazar jest na następnej przecznicy. Miał pecha – turyści nie dali się wydoić...delhidelhi
delhiukraina

Bazar, to ciąg sklepików z przeróżnym badziewiem. Najczęściej, bo są i sklepiki jubilerskie. Ceny wysokie, wszystko skierowane na bogatych turystów. Pani Ela kupiła sobie spódnicę i bluzkę , a ja druciki do składania. Chyba dziecinnieję...

Wracamy w okolicę naszej kwatery. Jemy w Sheltonie makaron i wracamy do pokoju. Trzeba się wyspać przed podróżą. Jeszcze tylko żeby te nasze szmatki chciały wyschnąć...

Włączamy klimatyzator i wiatrak i zasypiamy w szumie wymyślnych urządzeń udogadniających życie...


NIEDZIELA


O 2.15 pobudka. Szybkie mycie, dopakowywanie i jedziemy tuk-tukiem na lotnisko (300 rupii).

ukrainaukraina
ukrainaukraina
Szczęśliwie przechodzimy odprawę i wreszcie w samolocie można wypocząć!

Kijów o 11.30.

Nie mamy zarezerwowanego noclegu, więc szukamy czegoś na lotnisku. Znajdujemy taryfiarza o ciemnej karnacji skóry, który obiecuje zawieźć nas do hotelu, albo na kwaterę. W czasie jazdy (włączona klimatyzacja – chłodno i przyjemnie) dogadujemy się, że nie bardzo chcemy spać w hotelu za 300 $ .

Znajduje kwaterę prywatną za 100$. W centrum Kijowa. No cóż, na bezrybiu i rak ryba...

ukrainaukraina
ukrainaukraina
Kiedy dojeżdżamy na miejsce, widzę, że jest to blokowisko, takie, jak u nas z lat 70-tych. Tyle, że zaniedbane, odrapane, a na ławce, pod drzewem w cieniu, siedzi podpity, wytatuowany osobnik (Bez koszulki, a podpity, bo się kiwał i coś tam podśpiewywał. Może jednak źle go oceniłem, może tam tak się zachowują?). Z miejsca rezygnujemy. Każę wieźć się na ulicę Puszkina do hostelu.

Kierowca zrobił się nerwowy, bo mu forsa przepadła i wyłączył nam klimatyzację. Nerwowy zrobił się jeszcze bardziej, kiedy dojechaliśmy w znajome nam rejony i dostał 200 hrywien. Pokrzyczeliśmy na siebie troszkę. Ale z samochodu nie wysiadł i kiedy zobaczył zbliżającego się milicjanta – odjechał.

W hostelu nie mieli miejsc, ale dostawili do dużego pokoju jedno łóżko i jakoś nas pomieścili.ukrainaukraina
ukrainaukraina
Zostawiamy graty w ośmioosobowej sali (poza nami w całości opanowanej przez Anglików), a sami na miasto. Jeść! Jeść! Jeść!

Trafiamy do restauracji vis a vis Opery. Śliczna Diewoczka w regionalnym stroju podała nam przysmaki ukraińskie. I piwo na koniec. Oj niedobrze się obżerać... Mamy problemy ze wstaniem, a iść trzeba...

Ciepło. Jakieś 30 stopni. Upał nic nie zelżał. Staramy się chodzić po ocienionej stronie ulicy. Zmęczeni i podróżą i jedzeniem i upałem trafiamy do Ogrodu Botanicznego, do którego drogę pokazał życzliwy Kijowianin. Na stróżówce siedzi dwumetrowe, tęgie chłopisko, które rozjaśnia się słysząc, że jesteśmy z Polski. Jego mama była Polką.

Troszkę pochodziliśmy po alejkach, ale nigdzie nie było ławek, a my potrzebujemy odpoczynku. Wreszcie znajdujemy boczną alejkę, osłoniętą krzaczkami i tam się wyciągamy. Jak dobrze poleżeć!ukrainaukraina
ukrainaukraina
  Cisza, spokój i jedna pracownica, która, kiedy nas zobaczyła, to zaraz uciekła. Niedługo wróciła. Ze znanym nam już pilnującym.

Spacerując po ulicach Kijowa widać i czuć życzliwość mieszkańców. Miasto udekorowane rozciągniętymi nad ulicami transparentami z napisem „LIUBIT UKRAINU”.ukrainaukraina
ukrainaukraina
Ludzie chyba lubią Ukrainę, bo dawno tak dobrze się nie czuliśmy za granicą, jak tutaj. Poza taryfiarzem, który nie był Ukraińcem, tylko, jak to tam się mówi - „ciornyj”, nikt nas nie chciał oszukać. Ludzie życzliwi i chętni do pomocy...

Wracamy do hostelu. Byle przetrwać noc (w nocy 20 stopni) i o świcie na lotnisko.

Po odprawie, czekając na samolot, Pani Ela zdaje relację z nocy. Nie wyspała się. Leżała na górnym łóżku, a pod nią nie spał Anglik.

Jak dobrze wrócić do domu...





wróć na początek strony


POPRZEDNIA STRONA