napisał: Piotr Wojtkowski

KASZMIR - ŚRINAGAR


ŚRODA

No i jesteśmy w Śrinagarze! Lot przebiegał spokojnie, nie licząc trojga rozbestwionych dzieciaków, które tak umilały podróż, że musieliśmy się przesiąść. Jak widać nie tylko u nas propagują bezstresowe wychowanie. Highslide JS Highslide JS

Zostaliśmy odebrani z lotniska przez przedstawiciela hotelu, w którym mamy zamieszkać i zawiezieni na brzeg jeziora (hotel jest na łodzi).

Po drodze miło sobie gawędziliśmy. Nasz opiekun narzekał, że do Nasz opiekun...Kaszmiru przyjeżdża mało turystów.

-Are you muslim? - spytałem

-Yes - odpowiedział

Usiłowałem mu wytłumaczyć, że jak jego pobratymcy przestaną się wysadzać, to i napływ turystów się zwiększy. Chyba trochę zrozumiał, bo zaraz zaczął tłumaczyć, że u nich się rzadko wysadzają. Chodzi o to, że jakieś trzy lata temu, została porwana trójka turystów, którym następnie ucięto głowy. Nie wiem, czy to miało być pocieszenie, czy też ostrzeżenie...

Highslide JS Highslide JS Poza tym są ciągle jakieś niepokoje. Żołnierze strzelają do spokojnych obywateli. Nie dalej, jak trzy dni temu, zostało zastrzelonych kilka osób, które spokojnie biegło sobie, po ichniej modlitwie w stronę patrolu.Zapewne chciało się zbratać, a ci niedobrzy żołnierze opacznie pojęli ich intencje (dzień po naszym wyjeździe, zginęło 40 ludzi. Po modlitwie chcieli znowu się bratać z żołnierzami)...

Tak sobie rozmawiając podziwiam miasto. Niezbyt duże. Zaniedbane. Nie to, że brudne, to też, ale widać, że brak chęci czy też środków na inwestycje. Nic się nie buduje. Tylko tu i ówdzie drobne remonty. No i mało krów włóczących się po ulicach.

Na nadbrzeżu przesiadamy się do łodzi. Jak wspomniałem, nasz hotel jest na łodzi, a łódź na jeziorze. Jezioro położone jest na wysokości 1500 m npm. Dosyć wysoko, ale jak na razie nie przeszkadza mi to, nawet się cieszę, że będę mógł się zaaklimatyzować, bo Leh leży na 3500 m npm, a to już dla mnie nie jest dobre.

Highslide JS Highslide JS Dopływamy do hotelu, który jest zacumowany przy wyspie w rzędzie innych podobnych łodzi.Jesteśmy jedynymi gośćmi. Z dumą pokazywane są nam pokoje - salon, jadalnia i nasza sypialnia. Pani Ela dostaje wytrzeszczu. Niezbyt jesteśmy przyzwyczajeni do takich warunków. Zwykle jest ciaśniej, brudniej, biedniej i byle jak...

Zostawiamy bambetle i idziemy porozmawiać z właścicielem. Ubolewa, że go nie stać na podróże i bardzo nam zazdrości. Przy okazji sprzedał wycieczki po Śrinagarze. Mamy być trzy dni, więc musimy coś robić, nie mam tyle alkoholu aby przetrwać taki okres czasu, a haszu niezbyt chcę używać, zresztą nie wiem nawet czy mnie na niego stać...

Koło 15 popłynęliśmy do brzegu i dalej już terenową Toyotą do świątyni hinduistów.

Jest to świątynia położona na górze nad miastem.

Najpierw przejechaliśmy przez pierwszą zaporę. Highslide JS Highslide JS Cudzoziemcy, a w dodatku Polacy są wpuszczani bez kłopotów. Jeden z żołnierzy popisywał się wołając "Polan, Varsovia!". Natomiast nasz przewodnik i kierowca zostają dokładnie przeszukani.Nie mają zbyt szczęśliwych min. Chyba niezbyt lubią mundurowych...

Kiedy krętą drogą dojechaliśmy na górę do następnych zasieków, dowiedziałem się, że będziemy obszukiwani dokładniej.

Pani Ela poszła. Jako delegacja. Ja rezygnuję. Jakoś tak uważam, że nie jest warte oglądanie świątyni poprzedzone hinduskim obmacywaniem. Robią to ręcznie, w dodatku w ten sposób, aby pokazać białemu, że jest nikim.

Po powrocie Pani Ela zdała relację ze zwiedzania. Świątynia, a właściwie Świątynka, nie była godna uwagi. Za to widok na miasto i jezioro z góry... Dla tego było warto wejść.

Highslide JS Highslide JS Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze na tarasie widokowym skąd podziwiałem okolicę i zostaliśmy dowiezieni do sklepu z dywanami.

Najpierw trzeba klienta urobić. Więc zostaliśmy urobieni.

Właściciel pokazywał nam, jak się produkuje dywany w Kaszmirze.

Najpierw rysują wzór dywanu. Następnie jest (ten wzór ) kolorowany i kodowany. Każdy kolor ma swój kod. Każda nitka ma swój kod. Czy wełna, czy jedwab - ma swój kod. Ścieg po ściegu spisuje się ten kod w książce. Później to już tylko potrzeba czworo ludzi, aby utkali taki dywan.

Jeden czyta kody, a trzech plecie. Bułka z masłem...

Wszystko ręcznie. No i troszkę takie robienie dywanu trwa.

Highslide JS Highslide JS Po demonstracji (urabianiu) sposobu tkania dywanu, zostajemy zaproszeni na piętro, gdzie mieści się skład i jednocześnie sklep. Zaczyna się prezentacja.

Rozkładają przed nami dywany, na które nigdy nas nie będzie stać, ani nawet nie mielibyśmy gdzie ich położyć. Wielgaśne! Na salony! Z pewnością nie do mieszkania w bloku. Powoli zmniejszają się wielkości dywanów, a i cena proporcjonalnie spada.

Podziwiamy dywany jedwabne, wełniane, jedwabno-wełniane... Podziwiamy kolory i wzory. Miękkość i gładkość. Dotykam i głaszczę piękności, czując pod palcami jedwabistą gładkość materiału. Wspaniałe uczucie. Nawet gdybyśmy nic nie kupili, to i tak warto było pooglądać, podotykać...

Cała prezentacja trwa już koło godziny. Wreszcie, widzimy dywanik na miarę naszych możliwości. Jest piękny! Jedwabny! Milutki!

Za to cena!!! Słysząc cenę, dostaję małego ataku. Highslide JS Highslide JS Akustycznego. Właściciel przestał się uśmiechać i prosi abym podał swoją cenę. Podałem. Teraz ON dostał ataku. Akustycznego. Wyszedłem na zewnątrz, aby się uspokoił. Wypaliłem papieroska, dając mu czas na przemyślenie mojej propozycji.

Kiedy wróciłem było już po wszystkim. Pani Ela kupiła. Moja wina, bo nie trzeba było jej zostawiać samej z tym handlarzem.

I tak mamy dywan przecudnej piękności, który (według słów znawców) ma nas przeżyć i z każdym rokiem robić się coraz bardziej piękniejszy...

Prawdę mówiąc mało żałuję, ostatecznie, to tylko pieniądze, po prostu byłem ciekawy, do ilu uda mi się zbić cenę, a i zabawa była przednia.

Tak, czy inaczej wszyscy byli zadowoleni. My - bo mamy dywanik, nasi opiekunowie, bo dostaną prowizję, handlarz, bo sprzedał. No i jego żona, która zaraz mu te pieniądze wyrwała. I niech kto mi jeszcze mówi, że muzułmańskie żony są spolegliwe... Trzeba było widzieć oczy i minę naszego sprzedawcy.

Highslide JS Highslide JS Zrobiło się późnawo, więc wracamy na hotelową łódź.

Jemy obiadokolację, a przy burcie czekają już łodzie z wszelakim dobrem, które chcą nam "tylko" pokazać. Nic kupować nie musimy...

No i po obiadokolacji pooglądaliśmy. Tylko jubiler nie zarobił.

Pani Ela została właścicielką kożuszka z pięknym kołnierzem, ja koszuli z koźlej skóry (jeszcze tylko na bezludną wyspę i mogę robić za Robinsona Kruzoe).

Po tylu wrażeniach doszliśmy do słusznego wniosku, że należy to uczcić. I czciliśmy oglądając jezioro nocą. Podziwiając przepływające, oświetlone łodzie przewożące wszelakie dobra, jak i ludzi płynących się zabawić. Ciepło, przyjemnie i brak komarów. Romantyka pełną gębą...


CZWARTEK

Przed ósmą pobudka, bo śniadanie ma być o ósmej.

Highslide JS Highslide JS Ale nie dzisiaj...

Dzisiaj rano zamiast śniadania podziwialiśmy płynące po jeziorze w deszczu łódki, nurkujące ptaki. Jezioro jest rybne. Prawie każdy ptaszek polujący na rybki, wynurza się ze zdobyczą w dziobie i odlatuje gdzieś w siną, deszczową dal...

Mamy czas na podziwianie, bo po wczorajszych zakupach, nasi opiekunowie zapewne ostro czcili udany wieczór i dzisiaj mają mały problem ze wstaniem.

Wśród sprzedających jest zasada, że dzielą się zyskiem z pracownikami hotelu, w którym sprzedają. Co prawda nasz opiekun zarzekał się, że cały zysk bierze właściciel, ale jakoś po pewnym fakcie nie bardzo w to wierzę.

Pani Ela była już zmęczona odmawianiem i tłumaczeniem, że nie chce żadnych olejków. Ani różanych, ani żadnych innych. Wreszcie się zdenerwowała i oświadczyła, że już ma, bo dopiero co kupiła.

Highslide JS Highslide JS Nasz opiekun przeprowadził istne dochodzenie, który to sprzedał i się nie podzielił... Jego zaangażowanie było tak duże i osobiste, że mam prawo myśleć, iż miał w tym swój interes.

Oczywiście sprzedawcy nie znalazł, mimo że dopytywał się o wygląd i tym podobne. Usłyszał od Mojej Wspaniałej Towarzyszki, że dla niej oni wszyscy są do siebie podobni i ich nie rozróżnia. Nie miał zadowolonej miny...

Wreszcie, koło dziewiątej podano do stołu i mogliśmy zacząć dzień.

Po dziesiątej płyniemy na przystań. Na przyległym do jeziora bulwarze, a właściwie spacerniaku, chwilę czekamy na samochód i jedziemy!

Jedziemy na zwiedzanie ogrodów. Deszczyk siąpi, ale jest ciepło. Taki, nie monsun, ale monsunik, bo i wysokość i jednak odległość... Po drodze oglądam zagospodarowane i uprawiane pola. Najwięcej jest kukurydzy i... ryżu.

Highslide JS Highslide JS Pierwszy ogród jest niewielki, za to jakie zapachy!!!

Podziwiamy rododendrony, które nie są, jak u nas krzewami, a drzewami. Akurat zakwitają i ich kwiaty wydzielają słodki zapach na cały park. Pomagają im jeszcze róże z rozarium, tyle, że w większości przekwitnięte. Ogród jest ładny, ale widać, że brak pieniędzy, bo nieco zaniedbany.Dosyć szybko go obeszliśmy i jedziemy dalej.

Do następnego ogrodu jedziemy na wzgórze. Wysokie wzgórze. Pod samym szczytem, na zboczu (chyba tak specjalnie - osłona od wiatrów), zbudowany jest pałac. Według naszego opiekuna, zbudowała go królowa, która tam zamieszkała. Była jeszcze jakaś historia z nieszczęśliwą miłością, ale w którym pałacu tego nie ma...

Pani Ela stwierdziła, że projektantem musiała być kobieta, bo i pięknie usytuowany i pasujący do otoczenia.

Podziwiam widok rozciągający się z tarasów na jezioro i miasto. Zaczynam rozumieć, co to znaczy "Ogrody Semiramidy".Highslide JS Highslide JS

Pałac składa się z kilkunastu tarasów, pod którymi znajdują się pomieszczenia. Tarasy połączone są systemem korytarzy, którymi można się dostać na każdy poziom. Teraz potrzeba wysilić wyobraźnię aby wczuć się w klimat miejsca. Zmusiłem swoje nieliczne szare komórki do pracy i powyobrażałem sobie, jak musiało to wyglądać w czasach świetności... Przysiadłem pod zadaszonym miejscem i marzyłem...

Deszczyk nadal popaduje, kiedy jedziemy do trzeciego ogrodu.

Ten jest największy i najpiękniejszy.

Środkiem ogrodu ciągnie się kanał, w którym znajdują się fontanny, niestety, najczęściej nieczynne. Sam kanał obsadzony jest platanami, a wokół rosną drzewa różaneczników, które akurat kwitną, rozsiewając zapach na całą okolicę.

Highslide JS Highslide JS Widzę kilkunastu ogrodników, którzy najczęściej, zamiast pracować, również podziwiają piękno ogrodu. Mają jakąś taką dziwną metodę pracy. Jeden pracuje, a trzech - czterech się temu z uwagą przygląda, od czasu do czasu coś tam mu mówiąc (zapewne dają dobre rady).

Pospacerowaliśmy troszkę, a kiedy już byliśmy od dołu do kolan mokrzy, zdecydowaliśmy się na powrót. Koło 14 jesteśmy w łodzio-hotelu.

Jak przyjemnie założyć suche skarpetki! Wytrzeć się! Zjeść coś gorącego! Właściwie, to nie za bardzo wiadomo, czy to jest gorące. W każdym razie w ustach pali i wrażenie jest prawidłowe. Rozgrzewające. Krótka sjesta poobiednia i na miasto!!!

Do miasta z przystani nie jest daleko. Idziemy spacerniakiem wzdłuż jeziora mijając jednoosobowe punkty handlowe. Sprzedawane są głównie produkty spożywcze, ale i również olejki zapachowe, a nawet trafił się taki, który oferował haszysz.Highslide JS Highslide JS Nic nie kupiliśmy.

Po dojściu, pochodziliśmy po uliczkach. Domy zaniedbane, brudne. Znaleźliśmy nawet opuszczony kościół, który teraz służy (zabudowania przykościelne) za szpital. Ot, taka pamiątka po Anglikach.

Na ulicach sporo wojska. Stoją po trzech, czterech. Uzbrojeni, w kamizelkach. Niedaleko skrzyżowania stoi samochód pancerny, na którego wieżyczce, przy karabinie maszynowym siedzi żołnierz i czujnie obserwuje okolicę. Mundurowi mają srogie miny, pochmurne. Jednak, kiedy dla sprawdzenia, z Panią Elą zaczęliśmy do nich szczerzyć zęby, to odpowiadali tym samym, a i miny jakoś łagodniały...Highslide JS Chyba potrzebują akceptacji.

Ludzie raczej życzliwi. Kiedy się zgubiliśmy naszemu opiekunowi, korzystając z jego chwilowego odejścia "na stronę",Highslide JS to połowa ulicznych sklepikarzy pokazywała nam gdzie mamy stać i czekać. Troszkę postaliśmy. Dopóki nie zaczęło padać.

Miałem okazję pooglądać zakup kury u ulicznego sprzedawcy. Zakwefiona kobieta obmacała wszystkie kury, które były na sprzedaż, aż wreszcie wskazała wybrankę. Właściciel menażerii szybko ją zarżnął i spuścił krew do rynsztoka. Kiedy podeszła następna kupująca, odeszliśmy. Opiekun dognał nas na spacerniaku...

PIĄTEK

Highslide JS Highslide JSWreszcie słoneczko! Świeci i grzeje! No i bardzo dobrze, bo dzisiaj (ostatni dzień w Śrinagarze) mamy opłynąć łódką jezioro.

Zupełnie inne widoki są w pełnym słońcu niż w deszczu, a i samopoczucie się poprawiło. Odkąd jesteśmy w Indiach, cały czas albo leje, albo przynajmniej siąpi. Rozumiem, że to pora monsunowa, ale ile można!!!

Teraz jest dobrze. Ciepło, ale nie za gorąco, wiaterek powiewa, a my w łodzi wyciągnięci na poduszkach. Pełny komfort.

Płyniemy na szerokie wody jeziora. Co i rusz podpływają do nas sprzedawcy oferujący przeróżne badziewie. Jeden był taki uparty, że dokonał abordażu i nie chciał się odczepić. Dopiero, kiedy dostał papierosa popłynął do innych wycieczkowiczów.

Highslide JS Highslide JSBiałych nie widzimy. Sami miejscowi. Widać, że niezbyt ciekawa sytuacja, więc po co ryzykować? My, to właściwie jesteśmy tutaj przez pomyłkę i robimy jako atrakcja turystyczna dla miejscowych. Zarówno turystów, jak i mieszkańców.

Jezioro jest piękne. Niezbyt głębokie, bo widać wodorosty, ale rozległe. Uroku dodaje odbijające się w tafli wody góry. Przy błękitnym niebie i spokojnej płaszczyźnie jeziora, widok jest bardzo urokliwy. Cisza, spokój i tylko świergot ptaków i dalekie głosy ludzi.

Płyniemy w stronę białego meczetu, który widać na horyzoncie.

Mijamy pogłębiarkę, która nieco zakłóca spokój miejsca i przepływamy pod mostkiem zbudowanym na grobli łączącej wyspy ze stałym lądem.

Coraz bliżej meczetu. Zatrzymujemy się na lancz, który jemy słuchając kazania mułły. U nas narzekają, że czasami ksiądz powystawia głośniki przed kościół. Highslide JS Highslide JS Niechby który narzekacz sobie posłuchał, jak tutaj się drą!

Z drugiej strony u nas nikt się (jeszcze) nie wysadza, chociaż wszystko idzie w dobrym kierunku, dzięki garstce oszołomów...

Po lanczu dobijamy do brzegu niedaleko świątyni. Mówią nam, że meczet jest bardzo czczony przez wyznawców, bo znajdują się tam, jako relikwie, cztery włosy Mahometa.

Przy brzegu istny targ. Mieszkańcy wysp przypłynęli posprzedawać swoje wyroby przybywającym na modły współwyznawcom. Tłok. Łódź przy łodzi, rwetes, pokrzykiwania chcących sprzedać mieszają się z głosem mułły.

Przechodzimy do miejskiej części, odgrodzonej wysokim płotem i idziemy w stronę odgłosów modłów.

Highslide JS Highslide JS Na teren przylegający bezpośrednio do meczetu wchodzimy po obmacaniu nas przez pilnujących porządku żołnierzy. Dla Pani Eli znalazła się żołnierka.

Nasz opiekun z miejsca się zerwał, mówiąc, że chce się pomodlić i przestrzegając, abyśmy się nigdzie nie oddalali.

Mamy siedzieć na murku i czekać na niego pod opieką wioślarza.

Nie wziął tylko pod uwagę, że wioślarz, również chciał się pomodlić i zaraz po nim, też się zerwał. Oczywiście przestrzegając nas, (łamaną angielszczyzną) abyśmy nigdzie nie chodzili.

Pokiwaliśmy ze zrozumieniem głowami nie mając najmniejszego zamiaru się dostosowywać do poleceń. Bo i po co? Wojska dużo, pełno patroli, nikt się wrogo na nas nie gapi...

Highslide JS Highslide JSPoczekaliśmy, aż poznikają we wnętrzu świątyni i sobie poszliśmy na zwiedzanie miasteczka.

To właściwie, nie miasteczko, tylko osada przymeczetowa. Ponieważ świątynia jest często i gęsto odwiedzana przez wiernych (głównie z powodu relikwii), więc ludzie się poosiedlali.

Kiedy, szukając jakiejś kawiarenki (Pani Ela potrzebuje kawy), weszliśmy głębiej w zaułki, widać było, że im dalej, tym domy starsze. Daleko, zresztą nie odchodziliśmy, bo zaraz nam wytłumaczono, że dzisiaj jest piątek, więc wszystko pozamykane. Oczywiście poza targiem.

Na targu jest wszystko, co potrzebne do życia. Sprzedawane są przyprawy, warzywa, owoce. Co i rusz są sklepiki z mięsem. Najczęściej baranim. Kawałki owieczek wiszą na hakach przyciągając chmary much. Zapach przy nich też niczego sobie.

Highslide JS Highslide JSZ tymi zapachami, to też niezła zabawa. Oczywiście dla mnie, bo to wszystko jest inne niż widywałem do tej pory. Jak sobie trochę pochodziłem i powąchałem, to doszedłem do wniosku, że w tutejszych warunkach ślepiec nie miałby problemów z zakupami. Bez problemów znalazłby rzeźnika, piekarza, stragan z owocami, czy warzywami, babę sprzedająca ryby, a nawet trafiłby do szaletu (pod płotem).

Jak wspomniałem - jest wszystko, co potrzebne do funkcjonowania w tych warunkach. Gdyby komuś zdarzyła się awaria obuwia, na miejscu, w kąciku przycupnął szewc, który oferuje doraźne naprawy, jak i konserwację. Mnie chciał wypastować sandały, ale dzielnie się temu przeciwstawiłem.

Porządku pilnują, a właściwie dozorują mundurowi z wielkimi bambusowymi kijami. Usiłowałem z jednym negocjować wypożyczenie takiego kija na jakieś 2-3 minuty, ale nie znalazłem zrozumienia. Nie chciał.

Highslide JS Highslide JS Powoli wracamy na ogrodzony teren przyświątynny. Znowu przeszukanie, ale już pobieżne, jesteśmy znaczni, łatwi do zapamiętania, a poza tym, ochrona słusznie doszła do wniosku, że nie nas trzeba się obawiać.

Przysiedliśmy na murku, pod drzewem. W cieniu.

Oglądamy przechodzących i jesteśmy przez nich oglądani. Swoją drogą stanowimy w tym miejscu swoistą atrakcję. Można się na nas popatrzeć, poprzyglądać, co też i robią bez skrępowania.

Większość patrzy się z życzliwością. Witają się, pozdrawiają. Co poniektóry, to nawet podejdzie i rękę poda! Nie jest źle. A podobno ma tutaj być tak niespokojnie...

Niedaleko, na trawniku pod drzewem, rozłożyły się trzy dziewoje. Highslide JS Highslide JS Kiedy zobaczyły, że się im przyglądam, jedna wstała i przeciągnęła się jak niedopieszczona kotka, prezentując przy tym swoje wdzięki.

Podeszła i usiłowała się ze mną dogadać. Była umalowana, jak Córa Koryntu, a i zachowanie, miny, jakie stroiła, pozwalały domyśleć się, że uprawia najstarszy zawód Świata. W każdym razie nie dogadaliśmy się.

Pani Ela spytała się, siedzącego niedaleko młodego mężczyzny, czego one chcą.

Chłopak coś tam zaszwargotał po po swojemu. Przestały się uśmiechać i prawie pobiegły do wyjścia. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że były to żebraczki. Można i tak je nazwać.

Rozmowa z naszym młodym sąsiadem się rozwinęła i dzięki temu dowiedzieliśmy się różnych ciekawych spraw.

Highslide JS Highslide JSOpowiedział o sytuacji w Kaszmirze. Że nie chcą być ani w Indiach, ani w Pakistanie. Że chcą samodzielnego państwa. Że nie są Hindusami, tylko Kaszmirczykami. Że w ostatnich 10 latach zniknęło około 150 tysięcy ludzi, których nie wiadomo kto aresztował, ani nie wiadomo co się z nimi stało. Bardzo brzydko mówił o czczonym w całych Indiach Neru, który, według jego słów, nienawidził swoich pobratymców (pochodził z Kaszmiru) muzułmanów.

Poza tym ostrzegł, że niedługo (około godziny 16) teren okołoświątynny zostanie przez wojsko zamknięty, bo zwykle po modłach zaczynają się zamieszki (następnego dnia, w sobotę, wojsko zastrzeliło około 40 osób).

Pani Ela sobie rozmawia, a ja oglądam okolicę. Siedzimy niedaleko brzegu jeziora, do którego można zejść po schodkach. Co i rusz, jakiś mężczyzna schodzi, kuca i się obmywa. Nie wiedziałem, że przed wejściem do meczetu należy się podmyć. Może, to tylko jakiś miejscowy zwyczaj? Nastolatki też idą na ablucje, ale im towarzyszy jakaś matrona, która pilnuje, aby wszystko było porządnie wymyte. Dzieciaki wszędzie są takie same... Highslide JS Highslide JS

Wreszcie przyszli nasi opiekunowie i możemy płynąć dalej.

Płyniemy najpierw przez szeroką taflę jeziora, w której odbijają się góry. Woda jest płytka, widać pod powierzchnią wodorosty, wśród których pływają małe rybki. Wodorosty przechodzą w istne pola lotosów. Białe, piękne kwiaty, kontrastują z zielenią ich liści. Powoli wpływamy w wąski korytarz czystej wody, którym płyniemy między zamieszkałymi wysepkami.

Ludzie mieszkają w domach pobudowanych, jak widzę, własnym sumptem. Czasami krzywawych, ale nieźle wyglądających. Mężczyźni, korzystając z pięknej pogody posiadali na łódkach, albo zbudowanych wcześniej pomościkach i łapią ryby. Dzieciaki również. Jeden chłopiec, kiedy przepływaliśmy zademonstrował z dumą rezultat.

Ten ostatni dzień był najpiękniejszy ze spędzonych tutaj. Zarówno dzięki pięknej pogodzie, jak i życzliwości napotykanych mieszkańców. Byliśmy oglądani, jak jakaś atrakcja, ze zdumieniem, że jesteśmy. Kiedy się uśmiechaliśmy do oglądających, ci rozjaśniali się.

Ludzie mili, tylko sytuacja zagmatwana...

wróć na początek strony


POPRZEDNIA STRONA

NASTĘPNA STRONA