napisał: Piotr Wojtkowski...

JEDZIEMY DO VARANASI   02.02 2010  wtorek


Highslide JS Highslide JS Skoro świt wstajemy. Właściwie, to jeszcze przed świtem, bo ciemno. Jest 4.30. Woda w prysznicu taka sama, jak wieczorem, więc rezygnuję z kąpieli. Zaczynam się integrować z tubylcami...

Prawdę mówiąc, to nic nie szkodzi, bo kiedy obejrzałem autobus, którym mamy jechać, to troszkę zwątpiłem. Mój stan był bardzo podobny do tego pojazdu...

Mamy jechać 12 i pół godziny. Od 6 do 18.30.

Wraz z nami jedzie para starszych od nas Amerykanów. Pani Ela od razu zaczęła z nimi rozmawiać. Podowiadywała się różnych ciekawych rzeczy. Mieszkają w Malezji, bo tam najniższe podatki i najtaniej. Ściągnęli do siebie całą rodzinę i bardzo sobie to miejsce chwalą. Highslide JS Highslide JS Krótko jednak rozmawiała, bo punktualnie o 6 autobus ruszył.

Siadanie z przodu, niedaleko kierowcy i silnika, to jednak nie był zbyt szczęśliwy pomysł... Niestety, wszystkie dalsze miejsca już pozajmowali miejscowi. Widać wiedzą czym grozi jazda z przodu!

Przez pierwszą godzinę usiłowałem się jakoś dostosować, ale warkot był taki, że nic nie działało. Szczęśliwie szybko napchało się dużo ludzi, więc stanowili małą tarczę antydźwiękową. Jakoś drogę wytrzymałem, bo prawdę mówiąc innego wyjścia nie miałem. Każdy ratował się jak mógł. Amerykanka z Malezji wsadziła sobie do każdego ucha po chusteczce higienicznej.

Bardzo ciekawie, to wygląda. Tak jakby miała dłgaśne białe kolczyki, które zwisały jej do pół szyi.Highslide JS Highslide JS

Kierowca jedzie całkiem szybko. Tutaj chyba obowiązuje zasada, że kto większy i silniejszy, to ma rację. Czasami zatrzymujemy się na przystankach i wtedy mam troszkę odpoczynku od warkotu.

Można wtedy rozprostować nogi, pochodzić. Oczywiście niedaleko autobusu, bo nigdy nie wiadomo kiedy kierowca ruszy. Na jednym przystanku ruszył bardzo szybko i dopiero nasz wrzask zmusił go do zabrania Malezyjki-Amerykanki z powrotem na pokład.

Ogólnie jest całkiem nieźle, jeżeli wyłączy się słuch. Można pooglądać widoki za oknem, popodziwiać pola... Cały czas jedziemy przez pola uprawne. Ciągną się po horyzont, tylko czasami, nad brzegami rzek mogę podziwiać zarośla. Od czasu do czasu, Highslide JS Highslide JS trafiają się wzgórza i małe górki, które stanowią małe urozmaicenie tej monotonnej podróży.

Za to na drodze, co i rusz (tak około co 2-3 godziny) zmiany...

Zaprzęgi wielbłądów ciągnących wózki zastępowane są przez zaprzęgi składające się z krów, czy innej rogacizny. Czasami mam okazję podziwiać słonia niosącego na grzbiecie jakieś pakunki.

Jakieś 100-150 kilometrów przed Varanasi zaprzęgi zwierzęce zastępowane są przez traktory i tuk-tuki. Widać, że zaczyna być bardziej cywilizowanie...

Czasami widać samotną krowę na ulicy, ale to wyjątki. Większość zwierzaków pozamykana w zagrodach. Na odmianę za to, świnie biegają swobodnie. Tyle, że jakieś takie szczeciniaste, bardziej do dzików podobne. Kargul i Pawlak nie musieliby malować...Highslide JS Highslide JS

Zbliża się godzina 18 i cieszymy się wszyscy z końca podróży. Już niedaleko... Na drogowskazie jest napisane, że do Varanasi 50 km.

Jedziemy z pół godziny i widzę drogowskaz, który informuje mnie ,ze mamy jeszcze 80 km. I tak do 21.30, kiedy wreszcie nas wyładowano, gdzieś na skraju miasta...

To jest właśnie ambiwalentne uczucie. Cieszymy się, że już koniec jazdy, ale za diabła nie wiemy gdzie jesteśmy i jak się dostać do hotelu.

Szczęśliwie na miejscu jest kilka tuk-tuków. Kierowcy bardzo chętnie nas zawożą do starej części Varanasi, a nawet prowadzą do hotelu.

Brak miejsc. Za sobą słyszę komentarze Maćków, że istnieją telefony i wszystko można było załatwić w Khajuraho. Nic nie odpowiadam. Mam cierpliwość. Highslide JS Highslide JS Oni naprawdę sobie myślą, że nam wielką łaskę robią swoim towarzystwem, a my mamy obowiązek dbać o ich wygodę. Za free... Z estymą wspominam Jacka z Peru, który był sympatyczny i pomocny, nie narzekający, traktujący wszystko ze spokojem i ciekawością... Ah! Żeby można było ich tak zostawić i jechać nawet i w trójkę...

W następnym hotelu znajdujemy wolne dwa pokoje. Maćki zajmują większy - zmęczeni, my się upychamy w mniejszym.

Oni spać, a my na kolację. Do knajpki przyhotelowej nad Gangesem.

Świat jest naprawdę mały! Znowu spotykamy Raya i Calinę. Przylecieli do Varanasi samolotem. Siedzimy i gadamy do pólnocy. To znaczy, głównie Pani Ela, ja z Rayem rozmawiam w języku różnym. Słowacko-polskoa-ngielsko-migowym.


VARANASI 3.02 środa


Highslide JS Highslide JS Nareszcie się wymyłem ku zadowoleniu obu pań. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak mnie do tego gonią, przecież tutaj wszystko śmierdzi, a mój zapach ginie w powszechnym smrodzie... No ale czego się nie robi dla spokoju...

Śniadanie jemy w hotelu z widokiem na Ganges. Piękny widok! I to smakujemy, bo jedzenie dobre, ale takie, jakieś hinduskie...

Po śniadaniu idziemy (we dwoje) na brzeg rzeki i bierzemy łódkę na godzinę (po 50 rupii od osoby). Płyniemy w górę rzeki oglądając panoramę zabudowanego brzegu.

Jest pięknie! Cisza, spokój, tylko czasami słychać wrzaski ptaszków no i plusk wody popychanej wiosłami zadowolonego z pracy Hindusa.

Highslide JS Highslide JS Płyniemy pod prąd, mijając śmieci i różne paskudztwa. Zastanawialiśmy się niedawno, co się tutaj robi z padłymi zwierzętami. Zagadka została rozwiązana, kiedy zobaczyłem napuchnięte zwłoki kozy, czy innego czworonoga, które niesione prądem zaczopowały się wśród dokujących łódek.

Godzina mija szybko. Wracamy.

Podczas obiadu dogadujemy wyjazd do Bhopal. Decyzja - jedziemy wszyscy. To nie jest moja decyzja! Ale się dostosowuję. Co zresztą mam zrobić?

Aby uczcić decyzję o dalszej, wspólnej podróży płyniemy w piątkę, tym razem w dół rzeki. Na łódce, jakoś tak, rozmowa zeszła na Raya. Highslide JS Highslide JS Maciek nie może zrozumieć, że Słowacy, to nie Czesi i nie ma takiego narodu, jak Czechosłowacy. Kiedy usiłowałem wytłumaczyć zawiłości historii Słowacji, zakrzyczał mnie. Kolejny raz zadaję sobie pytanie - po cholerę się do niego odzywam?

Po drodze do hotelu kupujemy bilety do Bhopal. Za jeden bilet 1200 rupii.

Robimy drobne zakupy, koszulki dla mnie, szal dla Izy. Ja do golibrody za 20 rupii (1,30PLN), a Pani Ela korzystając z okazji kupuje sandały za 180 rupii - bez targowania!

Krótka drzemka w hotelu i w MIASTO!

Idziemy na brzeg rzeki, tam codziennie odbywają się występy - modły, ku czci Boga Rzeki - Gangi. Sporo turystów, ale i miejscowych nie brakuje...Highslide JS Highslide JS

Pątnicy i wydrwigrosze. Jeden, pomalowany na brunatno, z opuchniętą stopą (spotkałem go na drugi dzień - opuchlizna, widać było w świetle słonecznym, że jest doklejona) powtarzał mantrę : uno mei wajem. Ode mnie 10 rupii, od Agnieszki - tyle samo. Pobłogosławił.

Przy okazji sobie go obejrzałem. Chudy, na skraju wycieńczenia, niestary - tak, na oko 30-35 lat, oczy czerwone - pewnie po opium, albo haszu. Pieniądze wyrzucone w błoto...

Przyszedł jeszcze jeden. Namalował nam kropki na czołach i też chciał datek. Pani Ela dała złotówkę. Obejrzał ten dziwny pieniążek i odłożył na bok.

Highslide JS Highslide JS Filmowałem występy - modły, stojąc przy murku, kiedy podeszły krowy. Coś tam wysypali i chciały się najeść. Wśród nich jeden byk. Musiałem się z nimi siłować, bo nie bardzo im odpowiadało, że tam stoję. Mimo wszystko, przetrwałem. Byczek się troszkę bo mnie przytulał, tak że musiałem go traktować łokciem - myślałem, że wykastrowany. Kiedy wróciłem do Pani Eli, ta stwierdziła, że byczysko "ma wszystko, co potrzeba". Fakt. Miał. Gdybym wcześniej, to zobaczył, zapewne nie byłbym taki pewny siebie.

Indie! Przypomina mi się, jak nalewałem piwo, a mucha siedziała na szyjce butelki. Nalałem do szklanki, butelkę postawiłem, a ona dalej siedziała. Dopiero Pani Ela ją zgoniła, sama odlecieć nie chciała... Highslide JS Highslide JS Jakieś te stworzonka tutejsze, takie leniwe, łagodne...

Wracając, już po występach, nagle zgasło światło! Ciemnica na ghatach! Idziemy w stronę hotelu. Wylazły jakieś typy i, korzystając z ciemności, oferują hasz i opium. Trawki nie mieli, więc zrezygnowałem, te pierwsze dwa dopalacze za mocne dla mnie...

Po krótkim błądzeniu ciasnymi uliczkami (około 1,5 metra szerokości) docieramy do spalni. Przyjechała grupa Koreańczyków, więc mamy jeden pokój. Ten duży. Śpimy u Maćków. Lepiej to, niż ulica...


Varanasi 4.02 czwartek


Highslide JS Highslide JS Jeszcze przed świtem, Agnieszka poszła oglądać wschód słońca nad Gangesem . Zapraszała do towarzyszenia, ale chętnych nie było. Twardzielica!!!

Kiedy się drugi raz obudziłem, już wróciła. Zdała relację z cudnego widoku, jaki obejrzała i aby nas zazdrość zeżarła już całkiem, pokazała fotki. Bardzo mi się podobała jedna, na której widać jakieś zawziętego "oglądacza", który płynąc łodzią, skraca sobie czas oglądając telewizję...

Ponieważ Pani Ela ma małą niedyspozycję zdrowotną (łakomstwo wychodzi - w czoraj zeżarła ciasteczka ulepione, nie smażone), więc na śniadanie poszedłem z "Rannym Ptaszkiem". Highslide JS Highslide JS

Posiedzieliśmy troszkę w restauracji, oczekując na leniwego kelnera, aż wreszcie poszliśmy szukać miejsca, gdzie nas szybciej obsłużą.

Przebiliśmy się przez starą część miasta, aż wyszliśmy na główną ulicę.

W rezultacie trafiliśmy do przyulicznego barku, w którym oferowano placuszki z sosem. Sos był w miseczce, z której tym placuszkiem go się wyjadało. Bardzo szybko nauczyłem się to robić. I nawet niewiele mi się rozchlapało. Za tę zabawę zapłaciłem 5 rupii. Jeszcze ichnia herbatka, za tą samą cenę i jestem szczęśliwy (w miarę), najedzony. Na nasze, to jakieś 60 groszy.

Mamy siły, więc wracamy. Po półtorej godzinie błądzenia zaułkami, Highslide JS Highslide JS wreszcie wychodzimy na brzeg rzeki. Trochę nam się zeszło, ale miało to i swoje dobre strony. Mogliśmy pooglądać uliczki, gdzie turystów nie było widać. Agnieszka przy okazji kupiła biały ser (podobno bardzo smaczny - szczęśliwie nie dałem się skusić), po którym, na drugi dzień nie czuła się zbyt pewnie.

Właściwie, to tylko ja nie chorowałem. Tyle, że mam swój sposób na hinduskie jedzenie. W garkuchniach, na stoliku stoją miseczki z czuszką. Za każdym razem, przed posiłkiem zjadałem ze dwie, tak że bakteria, która trafiła do żołądka, została spalona (przynajmniej sobie tak to tłumaczę - w każdym bądź razie - skutkuje).

Highslide JS Highslide JS Kiedy znaleźliśmy się nad rzeką , to już właściwie byliśmy w domu! Jeszcze tylko troszeczkę błądzenia, bo musieliśmy ominąć ghat, na którym odbywała się ceremonia pogrzebowa i już przed 11 jesteśmy w hotelu.

Pani Eli nie ma. Poszła coś zjeść, a później na spacer. Czkając na nią uprałem sobie spodnie, gacie i skarpetki (zaczynały się już kończyć). Kiedy się zacząłem zastanawiać, czy nie byłoby również dobrze wyprać komplecik, którego używałem do spania - przyszła moja druga, lepsza połowa.

We dwoje raźniej się chodzi, więc poszliśmy powłóczyć się troszkę po mieście. Pani Ela chciała zwiedzić świątynię, o której pisali w przewodniku. Weszła na teren przyświątynny. Po obszukaniu. Highslide JS Highslide JS Ja, kiedy zobaczyłem, co mnie może czekać, zrezygnowałem. Zaraz zresztą wyszła, wściekła i brzydko mówiąca. Okazało się, że wstęp do świątyni mają tylko wyznawcy.

Idziemy tunelem przechodzącym pod domami i prowadzącym do ghatu. Ciemnawo, oświetlenia tam nie ma, bo i po co, jeżeli się tylko przechodzi, a mieszkańcom niepotrzebne. Tunel jest w miarę czysty tylko czuć, jak wszędzie, intensywną woń moczu. Taka publiczna toaleta... Mijamy jednego żebraka. Stary siwawy z długimi włosami, ubrany w jakieś łachy. Nie zadaję sobie trudu aby mu się przyjrzeć. Pełno tu takich.

Po prawej stronie siedzi kobiecina. Również stara. Ale inna. Wysuszona do granic możliwości. Highslide JS Highslide JS Ubrana w niebieskawą suknię w jakieś kwiaty, a na plecy ma zarzucony czerwonawy pled, czy szal. Wszystko brudnawe, ale w tym mieście trzeba by codziennie prać, aby mieć czyste rzeczy...

Siedzi w kucki, a kiedy podcho dzimy, wyciąga rękę. Po datek. Spowolnione ruchy, jakby ją to kosztowało wiele wysiłku. Ręka żylasta, wysuszona. Skóra i kokrowyści. Twarz ciemna, właściwie, to czaszka obciągnięta pergaminową cieniutką skórą. Proszące oczy. Nie dziwi się, kiedy przechodzimy obojętnie obok. Ręka sama opada na kolana. Opiera się o mur tunelu, przymyka oczy. Czeka jutra...

Te oczy i rezygnacja w nich...

Highslide JS Highslide JS I zaraz pytania - czy dobrze zrobiłem?, czy, jednak powinienem dać perę rupii?

Przedłużyłoby, to jej wegetację o jakiś dzień, czy dwa... Czy nic nie dając skazałem ją na śmierć?

Jednocześnie życie dla niej miało jakąś wartość, skoro tak zabiegała o przeżycie jeszcze jedulicanego dnia.

Kipling w swojej książce ustami Kima powiedział "Kto żebrze po cichu - umiera również po cichu". Znał Indie.

Kiedy wyszliśmy na brzeg, idąc w stronę hotelu, dorwał mnie masażysta. Oferował masaż barków za 10 rupii. Skończyło się na całościówce za 100. Ale było warto.

Highslide JS Highslide JS Jest pięknie. Słoneczko świeci, dzieciaki puszczają latawce, krowy nie są upierdliwe. Jeżeli chodzi o ludzi, to przestałem zwracać uwagę na nagabujących. Nie patrzę się na nich, omijam wzrokiem, tak jakby nie istnieli. To skutkuje. Nawet bardzo upierdliwy sprzedawca, usuwa się z drogi, abym go nie rozdeptał.

W hotelu mamy z powrotem swój pokój, bo żółta rasa wyjechała. Kierownik - rudowłosy Hindus - szczerzy zęby, dostał od Pani Eli wczoraj czekoladę i mówi, że jej smak przypomniał mu dzieciństwo. Mała rzecz, a cieszy...

Agnieszka została w pokoju u Maćków, więc mamy pokój dla siebie!

Jednak, co sami, to sami...


Varanasi 05.02 piątek


Highslide JS Highslide JS Rano późno wstaliśmy. Użyliśmy luksusu! We dwoje na dwóch łóżkach!!! Trzeba korzystać, bo nie wiadomo, kiedy i czy, się drugi raz coś takiego trafi. Pakujemy się, płacimy za hotel. Za trzy noce po 600 rupii od sztuki, a Agnieszka 500. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, przecież, to ja cierpiałem...

Opuszczamy pokój, zostawiamy plecaki przed recepcją, a sami na ostatni spacerek po Varanasi... Połaziliśmy troszkę po uliczkach i wylądowaliśmy nad Gangesem. Mamy dużo czasu, więc bierzemy łódkę na dwie godziny. Płyniemy... Jeszcze raz oglądamy panoramę miasta (podobno najstarszego na Świecie) płynąc w górę rzeki. Po powierzchni wody pływają różne śmieci. Wypatrzyłem nawet prezerwatywę - widać zabawa była przednia!!! Highslide JS Highslide JS Nasz wioślarz, widać było, bardzo cierpiał wiosłując. Coraz wolniej ciągał wiosłami, tak, że prawie staliśmy w miejscu. Skróciliśmy jego cierpienia. Zamiast dwie, pływaliśmy (jeżeli można to nazwać pływaniem) jedną. Nie był zadowolony!

W knajpce przyhotelowej (tej z widokiem) zjedliśmy makaron. W menu, była dumna nazwa "sphagetti", ale ja bym tego tak nie nazwał. Zresztą zostaliśmy ukarani, bo paskudne... Jak mi się fryzjerchce zupy ogórkowej, albo pierogów!!! Jak do brze będzie wrócić i zjeść coś polskiego...

Idę do fryzjera, chwila nieuwagi i wwalił mi na twarz kupę kremu i robi masaż. A przecież tłumaczyłem, że tego nie chcę! Jeszcze bym ścierpiał, ale zaczynamy się spieszyć na stację Highslide JS Highslide JS i w związku z tym mamy ograniczoną ilość czasu. Wyrwałem z fotela, jakby mnie kto kolnął. Musiałem mieprzeprawać dosyć ciekawą minę, bo biedaczysko, aż odskoczył pod ścianę. I te jego przerażone oczy...

O 14 jesteśmy w hotelu, zabieramy bagaż i na stację. Przy okazji Pani Ela dowiedziała się, że rude włoski na głowach noszą modnisie, nic związanego z religią, a jeżeli, to z tą z Kajuraho...

Na stacji szybko znajdujemy swój pociąg i miejsca w nim. Jeszcze roznoszony przez sprzedawców "ciaj", papieros i jedziemy!!! Jutro o 7.30 mamy być w Bhopal.


wróć na początek strony


POPRZEDNIA STRONA

NASTĘPNA STRONA