napisał: Piotr Wojtkowski...

LIMA I MADRYT


6-go maja środa

Highslide JS Highslide JSNa dzień dzisiejszy nie mamy właściwie żadnych planów. Dopytujemy się o jakieś ciekawe miejsca. Polecają nam, niedaleko Limy wykopaliska Pachacamac. Mamy cały dzień przed sobą więc najpierw na Plaza de Armas.

Przy Pałacu Prezydenckim widzimy tłumek ludzi.Jak jest tłumek, to coś się dzieje! Podchodzimy i widzimy, że do bocznego wejścia ustawiła się kolejka ludzi pilnowana przez policjanta z kałachem. Nie wyglądają na przerażonych, więc my tez stajemy.

I dobrze zrobiliśmy! Po niedługim czasie okazuje się, że jest to kolejka do zwiedzania Pałacu!Wreszcie wchodzimy.

Troszkę czekamy wewnątrz wraz z grupką emerytów, których również tutaj przyprowadzono. Wszyscy mają śmieszne papierowe czapeczki na głowach. Highslide JS Highslide JS To największa grupa starych ludzi, jaką udało mi się tutaj zobaczyć hurtem. Jakoś tak przypałętała mi się pod rękę lista tej wycieczki, na której były nazwiska i wiek. Najstarszy zwiedzający miał 72 lata. Nieźle, jak na odżywianie się kukurydzą i ziemniakami...

Wreszcie wchodzimy na salę. Siadamy wszyscy na krzesełkach, częstują nas jakimś sokiem i przemówieniem po hiszpańsku. Dobre, bo niedługie.

Przechodzimy do sal muzealnych. Teraz jest co oglądać!!! Piękna espozycja złota Inków. Figury dostojników ubrane w ceremonialne szaty. Latam od gabloty, do gabloty i robię fotki. Szczególnie zachwycił mnie złoty człowiek - krab. Niestety, dosyć szybko nas przeganiają do wyjścia. Jeszcze na "do widzenia" każde z nas dostaje pamiątkę - prezent od Prezydenta. Kalendarzyk. Kartonikowy. Jaki kraj, taki prezent...

Highslide JS Highslide JSPrzysiadamy sobie na schodkach przed katedrą i dzielimy się wrażeniami. Przy okazji układamy plan dnia. Dobrze zaczęty dzień, więc może i dalej będzie nieźle!

Jestem pełen optymizmu!!! Jest pięknie! Słoneczko świeci, lekki wiaterek. Uśmiecham się do wszystkich. Jeden z kierowców, widząc mnie takiego szczęśliwego, chciał, abym miał jeszcze lepiej. Zatrzymał się przy nas i na migi pokazuje, że dobrze by było abyśmy się zabawili. Tak się patrzę, że u niego w samochodzie dwie dziewoje. Jakby tak dobrze policzyć, to byłoby trzy na trzech... Już prawie uzgodniliśmy, ale włączyły się do tej migowej rozmowy, te dwie dziewczyny. Zaczęły go bić po głowie i musiał odjechać. Rozbestwione baby w tym Peru!!!

Jedziemy do Muzeum Narodowego, którego za poprzedniej, naszej bytności nie zdążyliśmy obejrzeć.

Taryfą, jest (teraz, kiedy już się nauczyliśmy targować)Highslide JS Highslide JS i tanio i blisko. Jadąc podziwiam tutejsze trawniki. Na prawie każdym ułożona jest z kwiatów i rabat reklama. Niezły pomysł. Dwa w jednym - i ładnie i zapewne jakiś zysk, również do kasy miasta wpływa...Muzeum jest położone w centrum miasta, więc i dojazd nie zajmuje nam zbyt wiele czasu. Budynek góruje nad okolicą, więc nietrudno tam trafić.

Zwiedzanie jest za darmo, a i można robić zdjęcia, tyle, że bez lampy błyskowej. Pani Eli usiłowano zabrać jej podręczny plecaczek, ale wykazała całkowite niezrozumienie co do intencji pilnowaczy i w rezultacie weszła z nim.

Sale wystawowe znajdują się na kilku piętrach. Właściwie, to jest wszystko. Tyle, że aby przyzwoicie zapoznać się z ekspozycją, to trzeba by było poświęcić na to ze dwa, trzy dni. Jest tego tyle, że po prostu nie zdążam wszystkiego zapamiętać, przetrawić... Wspaniałe wyroby ze złota. Ceramika. Rzeźby. Tkaniny. To wszystko poukładane w czasookresy i miejsca produkcji.Highslide JS Highslide JS Trafiła się nawet zmumifikowana głowa młodego mężczyzny.

W niektórych salach mijamy dzieci siedzące na podłodze i słuchające nauczyciela. Dzieciarnia jest grzeczna i cicha, zupełnie inna niż na ulicy. I wszystkie są w mundurkach!

Zwiedzanie zajmuje nam ponad dwie godziny, a i tak wychodzimy z żalem, że nie da rady tak dużo, naraz zapamiętać. Napstrykałem fotek w każdej sali, którą obejrzałem, mając nadzieję, że przy późniejszym oglądaniu przypomnę sobie wszystko.

Po wyjściu idziemy na drugą stronę ulicy, skąd busem dojeżdżamy do Pachacamac.

Jadąc podziwiam okolicę. Na murach widać wielkie napisy "Kaiko na prezydenta", " Kaiko prezydentem w 2012"... Chodzi o córkę Fujimoriego. Wydaje się, że mimo przekrętów, Highslide JS Highslide JS były prezydent ma spore poparcie. Zupełnie, jak u nas... Ludzie są tacy sami wszędzie. Nie potrafią samodzielnie myśleć i wyciągać wniosków, tylko słyszą to, co chcą usłyszeć...

Dojeżdżamy, po pólgodzinie do wykopalisk. Pustynia.

Tylko tam, gdzie dostarczana jest woda, życie kwitnie.

Teren kompleksu świątynnego jest położony na pustyni, ale za czasów Inków była tam woda. Częściowo dostarczana akweduktami, częściowo zbierana w czasie pory deszczowej w cysternach.

Teren bardzo rozległy i początkowo nie zdaję sobie sprawy, jakie to są odległości i trudno określić wielkość budowli. W oddali widać jakieś ruiny, a pod nimi czarne, ruszające się mrówki. Highslide JS Highslide JS Kiedy się przyjrzałem, stwierdziłem, że to nie są mrówki. Ludzie. Odległość i ogrom budowli przeinacza proporcje.

Można wynająć samochód, który obwiezie po wykopaliskach, ale dochodzimy do wniosku, że jednak lepiej samemu, na własnych nogach. Lepiej się zapamięta! I zapamiętałem! Jacek po przejściu Warowni Świątynnej zrezygnował z dalszego chodzenia. Pani Ela, z jęzorem na wierzchu, zaparła się, a ja musiałem jej towarzyszyć. Zresztą nie żałuję, bo było warto! Nachodziliśmy się, jak dawno nam się nie zdarzyło... A jak smakowała później zimna woda, kupiona w barku, przy wejściu! Czasami dobrze jest pocierpieć...

Jest wczesne popołudnie i po zwiedzeniu kompleksu świątynnego wracamy do domu (miejsca noclegu). Taksówek nie ma, więc idziemy na pobliski przystanek busów, Highslide JS Highslide JS jadących do Limy. Po niedługim czasie podjeżdża jakiś i kierowca obiecuje dowieźć nas do centrum. Jest już trochę zapchany, więc załapujemy się na wygodne miejsca stojące. Poza Panią Elą, która wywalczyła sobie siedzisko.

Busik jest rozklekotany i odrapany. Ludzie jadący w nim pasują do tego samochodu. Rzeczywiście jedziemy w kierunku centrum, ale jaką trasą!!! Teraz sobie pooglądałem.

Kiedy skręciliśmy w boczną uliczkę i zobaczyłem ludzi grzebiących w stertach śmieci leżących na poboczu i wyciągających, jakieś im niezbędne, niezidentyfikowane przedmioty... Tam, gdzie nie było śmieci, porozkładali się drobni handlarze. Z niedowierzaniem patrzę na sandały zrobione z opony samochodu. Taki tutejszy recykling... Uderzająca, już nie bieda, ale nędza. Ludzie poubierani w brudne szmaty, sami również niezbyt czyści, ale, że smagłe lica, to i nie wiadomo, gdzie bród, gdzie skóra... Highslide JS Highslide JS

Poczułem się troszkę nieswojo i wyciągnąłem kartę pamięci z aparatu.

Wreszcie dojeżdżamy pod budynek sądu, skąd już podobno blisko. Niby tak, tylko trafić trzeba. Troszkę pobłądziliśmy, ale z pożytkiem bo w miejscowej garkuchni dali nam obiad za kilkanaście soli. Smakowo - peruwiański...

Do hostelu docieramy w rezultacie taksówką za 7 soli. Było blisko. Jesteśmy już tak zmęczeni, że oglądanie fontann odkładamy na jutro.

Po krótkim odpoczynku idziemy na spacer. Jacek poleciał na zwiedzanie katedry, więc we dwójkę zwiedzamy okolice Plaza des Armas. Highslide JS Highslide JSNiedaleko od tego placu trafiamy na pasaż handlowy.

Oczka nam się zrobiły jak spodeczki, kiedy zobaczyliśmy ceny!!! I po diabła było kupować cokolwiek w terenie!? Tutaj i taniej i wszystko w jednym miejscu. Czapki peruwiańskie po 8 soli, figurki, sweterki, pamiątki, skarpetki, i co dusza zapragnie... Wydaliśmy trochę soli, ale nie za dużo, bo jeszcze jutro trzeba przeżyć.

Kiedy powiedzieliśmy Jackowi o pawilonach, zaraz pobiegł i dokupił sobie co-nieco. Żebyśmy tak wiedzieli o tym przed naszą wędrówką... Gapowe się płaci...

7- go maja czwartek

Highslide JS Highslide JS Dzisiaj odlatujemy do Madrytu. Lot jest nocny, więc do wieczora mamy czas. Ponieważ zwalniamy pokój, swoje rzeczy dajemy do przechowalni hostelowej.

Pani Ela trochę poutyskiwała w recepcji na zamurowane okno (pokój na parterze). Wyjaśnili jej, że kiedy było okno, to ciągle były włamania. Założyli kratę, to tyczką z hakiem wyciągano ze środka rzeczy gości. Trzeba było zamurować. To wyjaśnia brak jakichkolwiek okien na parterze w całym Peru. Ludzie korzystają z okazji i potrafią taką znaleźć.

Po śniadanku - rozdzielamy się. Jacek jedzie do Miraflores, a Pani Ela i ja, na zwiedzanie fontann. Jest to niedaleko, taksówka kosztuje 7 soli.

Kierowca, kiedy nas dowiózł na miejsce (przyzwoity człowiek) , tak sugestywnie się dopytywał, czy na pewno tutaj chcemy zostać, że nawet ja zrozumiałem. Chcieliśmy. Zostaliśmy. Highslide JS Highslide JS Nawet i park z fontannami sobie przez kraty obejrzeliśmy. Tyle, że wodotryski były nieczynne. Wszystko otwierają dopiero o 16 i czynne jest do 23. Nie dla nas. Po 17 musimy być na lotnisku.

Wracamy powoli do hostelu, przy okazji oglądając miasto.

Jest koło 10 i życie się dopiero zaczyna rozkręcać. Większość sklepów jest jeszcze pozamykanych, a w okolicy, którą idziemy, nie widzę żadnych knajpek w których można by było usiąść i się napić. Słoneczko trochę praży i czuję się (Pani Ela również) trochę odwodniony.

Po półgodzinie, już nie idziemy. Wleczemy się wąską uliczką nie wiadomo gdzie... Mam nadzieję, że w kierunku Plaza des Armas. Szczęśliwie przypałętał się jakiś pijany tubylec i coś od nas chciał. Highslide JS Highslide JS Ciśnienie - od razu skoczyło, senność - odeszła, jak ręką odjął. Nie odpowiadam, bo i tak się nie dogadam, a po angielsku, to on nie umie - przynajmniej na takiego wyglądał. Szczęśliwie wtrącili się ochroniarze, pilnujący jakieś budynku. Coś do niego powiedzieli, a ponieważ nie reagował, zaczęli iść w jego stronę. Zareagował. Poszedł jak burza!!!

Tak trafiliśmy do Muzeum Geologicznego.

Jest to prywatne muzeum, ale piękne i całkiem duże. I jest co pooglądać. Skały i minerały. Różnorakie. Kolorowe. W jednej sali, zaciemnionej, mogliśmy obejrzeć sobie kolekcję minerałów, które świeciły w promieniach ultrafioletowych. Przy tej ekspozycji i pić się odechciało. Wreszcie, po jakiejś godzince oglądania, nogi dają znać. Po wpisie do "Księgi Gości", którą ochroniarz grzecznie, acz stanowczo nam podsunął, Highslide JS Highslide JS wychodzimy na uliczkę i po kilku krokach jesteśmy na wielkim placu.

Nie mam pojęcia jaki to plac, ale jest bardzo ładny. Zrobiony na biało. Na środku pomnik jakiegoś ichniego bohatera, na tle gmachu Opery prezentuje się wspaniale.

Zapytani o drogę, stojący na rogu, cinkciarze kierują nas deptakiem do Plaza des Armas. Okazuje się, że jesteśmy już bardzo blisko. Jakieś 10 minut drogi i znajdujemy się na znajomym już nam terenie...

Idziemy na obiadek do knajpki i tam zostajemy orżnięci, jak dawno nie było. Za obiad (tylko Pani Ela, bo o mnie zapomnieli) i dwie bułki zapłaciliśmy prawie 40 soli. Wyjątkowe zdzierstwo. Sprawę załatwiała Highslide JS Highslide JSPani Ela, tak jakby ktokolwiek tam rozumiał po angielsku...

Wracamy do hostelu i czekamy na Jacka. Chcemy jeszcze przed wyjazdem (aby nie pachnieć za ostro w samolocie) wziąć prysznic. Nie doczekaliśmy się. Poobmywaliśmy się we wspólnych łazienkach i też było dobrze.

W hostelu zaczyna się ruch. Sezon turystyczny. Ci, którzy nie porezerwowali wcześniej sobie miejsc, odchodzą z kwitkiem. Dobrze wybrałem czas zwiedzania. Nie mieliśmy tłoku, a pogoda nam nie dokuczała. Mamy jeszcze dużo czasu i trochę pieniędzy, więc Pani Ela wchodzi na górę w hostelu (jest tam taras), a ja idę wydać, to co nam zostało. Na pasaż. Co miałem, to wydałem.

Po powrocie, usiadłem na górze i oglądałem popisy miejscowego kotka, który złapał myszkę. Były jeszcze dwa żółwie, którym kot się kiedyś czymś naraził i teraz dawały mu odczuć, kto tu rządzi. Nie miałem pojęcia, że żółw może się tak szybko poruszać!!! Highslide JS Highslide JS

Wreszcie zbieramy się i jedziemy na lotnisko. Resztę soli oddaję wiozącemu nas taksówkarzowi, który aż cały się rozpromienił, kiedy zobaczył napiwek. Jak mało potrzeba aby uszczęśliwić człowieka...

Na lotnisku Pani Ela jeszcze raz miała okazję brzydko mówić o ostatniej garkuchni. Właściwie, to nie wina tego co robił te bułki z nadzieniem w środku. Tak tam się je. To były takie, podobne do naszych kajzerek bułki z włożonym do środka pieczonym, albo smażonym ziemniakiem, którego Pani Ela mylnie, cały czas uważała za krążek żółtego sera. Poza tym był jeszcze ketchup i coś tam. Dało się zjeść (nie jadłem obiadu), jeżeli się było głodnym. Widać kto się najadł...

Na lotnisku, w strefie wolnocłowej kupiliśmy butelkę wina, które poleciła nam sprzedająca. Wypijemy w Madrycie wspominając!!!

MADRYT

8-go maja piątek

Highslide JS Highslide JS Lot minął bez żadnych zgrzytów. Dolecieliśmy cało i szczęśliwie. Z odprawą też nie było żadnych problemów. Tyle, że zmienili miejsce położenia przechowalni bagażu i mieliśmy niejakie trudności ze znalezieniem tego pomieszczenia.

Pani Ela się wściekała, że w informacji mówią tylko po hiszpańsku. Wreszcie, jakoś po strzałkach doszliśmy. Do Warszawy lecimy jutro, więc nie ma sensu ciągać po hotelu z bambetlami. Przepakowujemy plecaki zabierając ze sobą tylko to co najważniejsze (butelkę wina też). Reszta spoczęła w skrytce. Jakoś się upchało! Teraz tylko dojechać do hotelu!

Madrytcy taksówkarze są bardzo pomocni. Pokierowali do właściwego autobusu, a tam już kierowczyni (pan-kierowca; pani-kierowczyni, bo chyba nie: kierownica) powiedziała kiedy mamy wysiąść. Highslide JS Highslide JS

Hotel znajduje się na peryferyjnym osiedlu Madrytu. Taki nasz Ursynów. Tyle, że z komunikacją jest lepiej, bo kursuje kolejka i w 45 minut można dojechać do centrum. Na razie, jednak, meldujemy się w recepcji i do pokoju wyciągnąć nogi! Dwanaście godzin w pozycji siedzącej, to jednak jest sporo...

Po krótkim odpoczynku, głodni, idziemy na miasto poszukać czegoś do zjedzenia. Ta chwila oddechu się jednak przydała, bo dociera do nas, co widzimy. Osiedle jest zdominowane przez Arabów. Przynajmniej ta część, którą zwiedzamy. Jednak jesteśmy głodni, więc co tam...

Wchodzimy w boczną uliczkę, gdzie widać szyldy garkuchni. Większość pozamykana, ale w jednej siedzi kilku miejscowych. Wchodzimy. Trochę dziwnie się na nas patrzą, ale nic nie mówią. Zamawiamy kuskus i kurczaka i shoarmę.

Highslide JS Highslide JS To był bal!!! Właściciel, dodatkowo, w poczęstunku, dał świeże bułeczki i gęstą kwaśną śmietanę!

Zawsze należy jeść powoli i z godnością!

Pod koniec posiłku, kiedy na talerzach już niewiele zostało, zdałem sobie sprawę z panującej ciszy. Ustały rozmowy, knajpka zamarła. Szef kuchni stał w kącie i ślepił się na nas, jak i reszta miejscowych. Myślę, że kucharz czuł się dowartościowany, widząc efekty swojej pracy i szybkość z jaką jedzonko znika z talerzy...

Nie chce się, ale trzeba się ruszać. Jesteśmy tak, już nie najedzeni, ale obżarci, że ledwo chodzimy. To była wspaniała uczta! Arabska kuchnia jest zupełnie inna od peruwiańskiej! Po tym balu nie bardzo nam się chce jechać do Madrytu. Odkładamy zwiedzanie na jutro. Obchodzimy tylko osiedle, aby jakoś zagospodarować, to co zostało zjedzone i wracamy do hotelu.

A peruwiańskie wino było paskudne!!!

9-go mają sobota

Highslide JS Highslide JS Odzwyczailiśmy się od "normalnego jedzenia i spania". Jakie te normy mogą być różne! W zależności od tego gdzie się jest, normą może być smażony kartofel i kukurydza, a przysmakiem pieczona świnka morska, albo, picie bełta "Odlot III". Mogę się dostosować do różnych norm, byle nie za długo. Po normach peruwiańskich nie zachowam zbyt miłego wspomnienia. Oczywiście jeżeli chodzi o jedzenie.

Jestem jednak w Madrycie i mam z Panią Elą całe przedpołudnie tego dnia do wykorzystania na zwiedzanie.

Raniutko, po ciężko przespanej nocy (za wygodnie), rozliczamy się w recepcji i kolejką podmiejską jedziemy do centrum. Jest jeszcze wcześnie i wszystko pozamykane. Jakimś "psim swędem" znajdujemy kawiarenkę, gdzie możemy zjeść pyszne śniadanie i napić się wspaniałej kawy... Teraz mamy siły na chodzenie! Highslide JS Highslide JS

Idziemy pod Pałac Królewski. Niestety, mamy zbyt mało czasu aby zdecydować się na zwiedzanie. Całość zajęłaby ze trzy godziny. Albo pałac, albo łażenie po okolicy pałacu. Odkładamy siedzibę króla na późniejszy termin. Jeszcze kiedyś,przecież do Hiszpanii pojedziemy... Oglądamy go tylko z zewnątrz i idziemy pooglądać okolice. Trafiamy do parku, który udekorowany je [W parku] st pomnikami Władców Miasta. Od czasów rzymskich. Sporo tego było, ale nie ma się co dziwić, prawie dwa tysiące lat historii...

Trafiamy do parku przypałacowego. Chodzimy po alejkach i podziwiamy. Porobione są tarasy widokowe, z których możemy sobie pooglądać panoramę położonej niżej części Madrytu. Cisza, spokój i czyste powietrze. Zapach kwitnących kwiatów... Jest początek mają, więc jest ciepło,Highslide JS Highslide JS ale nie gorąco i spacer jest samą przyjemnością.

Powoli wracamy na główny plac. Idziemy inną drogą, aby jak najwięcej obejrzeć. Miasto jest czyściutkie i widać, że zadbane. Tylko, jak i w naszej stolicy mamy problem ze znalezieniem publicznej toalety. Wreszcie trafiamy na wielką halę targową i tam zostajemy skierowani do przybytku szczęścia przez tamtejszych pracowników. Jak to dobrze, że pamiętam słowo "aseo"...

Teraz już tylko kilka kroków i już jesteśmy na placu. Po drodze mijamy kościół, przy którego wejściu siedzi kobieta i prosi o wsparcie. Sądząc po chuście na głowie i rysach twarzy, zapewne ma coś wspólnego z islamem. Tylko dlaczego nie siedzi pod meczetem, przecież Mahomet, też nakazuje wspierać biednych...Highslide JS Highslide JS

Na placu jemy obiadek i pijemy piwko. Jeszcze nie jesteśmy przyzwyczajeni do naszego (europejskiego) jedzenia i wszystko smakuje wspaniale!

Najedzeni i napici jedziemy na lotnisko. Jeszcze tylko odbieramy bagaże i stajemy grzecznie w kolejce do odprawy. Poszczęściło się! Dostaliśmy miejsca przy wyjściu awaryjnym. Można, jak w klasie biznes, wygodnie wyciągnąć nogi... Wieczorem - Warszawa.

wróć na początek strony


POPRZEDNIA STRONA